Przejdź do treści

NNO. Po stronie odpowiedzialności.

Komentujemy świat. Chcemy go zmieniać na lepszy.

Poznaj nas
Śpiew Dulcynei fot. Teatr Dramatyczny
Oglądam

Śpiew Dulcynei


19 listopada, 2021

Z Teatrem Dramatycznym łączą mnie szczególne więzi. Kiedy byłem kilkunastoletnim dzieciakiem miałem specjalną sztamę z paniami w teatrze, które nie zawsze legalnie wpuszczały mnie na przedstawienia przeznaczone dla dorosłych widzów. Już po zgaszeniu świateł na widowni, wślizgiwałem się do jednej z lóż na parterze i na niewygodnym krzesełku, w „przykucu” śledziłem to, co działo się na scenie.

Z tego powodu Dramatyczny to dla mnie świat baśni, przesuwających się na obrotowej scenie obrazów, których nie rozumiałem, ale oglądałem je z wypiekami na twarzy. Dziś ten teatr jest inny, bo nie ma już starych, niewygodnych krzesełek, ale również ja jestem inny, bo coraz trudniej sprawić, żebym spłonił się na twarzy z emocji.

Człowiek z La Manchy

Tymczasem tamten dziecięcy świat powrócił do mnie znów za sprawą spektaklu „Człowiek z La Manchy” w reżyserii Anny Wieczur-Bluszcz. Reżyserka stworzyła przedstawienie inne, dawne, takie, jakich się już nie robi, ale też takie, za jakimi wielu widzów tęskni. Bajkowe. W wielu momentach umowne, wykreowane przepięknym światłem Pauliny Góral i niezwykle zmyślną – wykorzystującą możliwości głębokiej, dużej sceny oraz nowych technologii – scenografią Ewy Gdowiok.

Zamysł musicalu autorstwa Wassermana, Leigh i Dariona jest przewrotny. Historia Don Kichota opowiedziana jest przez samego Cervantesa, który – jako autor – obdarzony był bardzo dużym poczuciem humoru i dystansem do świata. Powieść Cervantesa, jakkolwiek nazywana pierwszą, współczesną powieścią, gloryfikowana i uwielbiana przez wielu, jest tak naprawdę ramotą, przez którą – nawet przy wsparciu współczesnych tłumaczeń – trudno przebrnąć. Ale wpasowanie jej w musical sprawia, że nabiera lekkości. A warszawskie wystawienie ma w sobie bardzo dużo „powietrza”.

Mamy tu świetnie dobrany i wyreżyserowany zespół teatru, który towarzyszy opowieści, swoją grą i śpiewem wzmacniając główne postaci i wykonując niełatwe układy choreograficzne autorstwa Anny Iberszer. Mamy znakomity zespół muzyczny, który pierwotnie przygotował Adam Sztaba, ale obecnie prowadzony jest głównie przez pełnego pasji i wrażliwości Patryka Sikorę. No i mamy wspaniałą trójkę głównych postaci, którzy aktorsko i wokalnie podbijają serca publiczności.

Waleczna i bezkompromisowa

Anna Gajewska w roli Dulcynei i Aldonzy ma w sobie nieprzeniknioną siłę i w niczym nie przypomina znanych mi dotąd kreacji Dulcynei, których jedynym zadaniem było bierne czekanie na mężczyznę, połączone z perlistym śmiechem i trzepotaniem rzęsami. Dylcena/Aldonza Gajewskiej jest waleczna, bezkompromisowa, próbująca wyrównać swoje szanse w męskim świecie. Niestety przegrywa, a scena zbiorowego gwałtu, mająca pokazać dumnej kobiecie, gdzie jest jej miejsce w patriarchalnym świecie, nabiera współcześnie szczególnego znaczenia.

Jednak bohaterka grana przez Annę Gajewską nie poddaje się i zamierza dalej walczyć, nawet jeśli miałaby to być walka z wiatrakami. Odnosi się wrażenie, że to ona zastąpi Don Kichota po jego śmierci i to ona będzie zmieniać świat na lepsze. Ale już nie słowem, ale mieczem.

Wierny przyjaciel

Niezwykle ujmująca jest postać Sancho Pansy stworzona przez Krzysztofa Szczepaniaka. Aktor, który dwa sezony wcześniej znakomicie zagrał na tej samej scenie Hamleta w ciekawym tłumaczeniu Piotra Kamińskiego w reżyserii Tadeusza Bradeckiego, zamienia się w fircykowatego, rubasznego kompana. Takiego przyjaciela – oddanego, wiernego, lojalnego i wyrozumiałego, chciałby mieć każdy z nas.

Na największe laury i słowa uznania zasługuje Modest Ruciński, który w przedstawieniu gra kolejno: Cervantesa, Don Kichota i Alonso Kichana. Z przyjemnością powracam myślami do momentu, kiedy Ruciński na scenie, przy pełnej widowni w kilka chwil zmienia się z poważnego, dystyngowanego, młodego Cervantesa w podstarzałego, rozchwianego emocjonalnie, kuśtykającego Don Kichota. Trzeba to zobaczyć!

To, co w teatrze zabiera zwykle kilkanaście minut w związku z potrzebą zmiany kostiumu i charakteryzacji, tu dzieje się niepostrzeżenie, jak w filmie. Przy czym w filmie mamy do dyspozycji magię montażu. A tu co mamy? Mamy Modesta Rucińskiego i jego wspaniały talent. Widać w tym aktorze złoty pył dezynwoltury Zapasiewicza oraz wielką wyobraźnię, pobudzaną przez lata przez znakomitą reżyserkę Agnieszkę Glińską. A także miłość do postaci, jakiej uczy swoich aktorów Nikołaj Kolada.

Modest Ruciński jest znakomicie ukształtowanym, dojrzałym aktorem, jednym z wielu pięknie oszlifowanych przez Glińską diamentów z dawnego, niezapomnianego, niepodrabialnego, nieodżałowanego Teatru Studio. Mądrym. Korzystającym z dobrodziejstw wrodzonych umiejętności i lekcji, które odbierał przez lata od najlepszych – reżyserek i reżyserów oraz aktorek i aktorów, z którymi pracował.

Jego Don Kichot jest wyborny! Kocha się go od pierwszej minuty. Kibicuje się mu. A nawet naiwnie wierzy, że mu się uda. Zabrać współczesnym widzom cynizm na dwie godziny, a może i na chwilę dłużej, to bardzo trudna sztuka. Modestowi Rucińskiemu się to udaje. Osobiście jestem wdzięczny aktorowi za to, że „pogodził” mnie z Don Kichotem. Przez lata całe ta postać bardzo mnie irytowała. Nie lubiłem jej. Dzięki temu przedstawieniu dojrzałem do niej, zaprzyjaźniam się z nią. I zaczynam rozumieć jej wspaniałość i uniwersalność.

Bo czyż nie jest tak, jak mówi pod koniec sztuki Aldonza, że wprawdzie umiera człowiek, ale Don Kichot nadal żyje? Te słowa bardzo przystają do naszych ponurych czasów, w których największym sukcesem nie jest dopłynięcie w jak najszybszym czasie do brzegu, ale AŻ utrzymanie się na powierzchni. I nawet jeśli tracimy wiarę w ludzi, to być może warto wykonać ostatni wysiłek i zmusić się do walki, nawet jeśli inni myślą, że jest ona z góry przegrana.

Udostępnij:

Dołącz do naszej społeczności

Zarejestruj się bezpłatnie, otrzymasz dostęp do wykładów, najnowszych artykułów, wywiadów i podcastów.

Dowiedz się więcej