Przejdź do treści

NNO. Po stronie odpowiedzialności.

Komentujemy świat. Chcemy go zmieniać na lepszy.

Poznaj nas
Otwarty szlak nie zamyka się prędko. Z Mikołajem Grynbergiem rozmawia Krystyna Romanowska Otwarty szlak nie zamyka się prędko. Z Mikołajem Grynbergiem rozmawia Krystyna Romanowska Magazyn NNO nr 10 Dobro
Magazyn

Otwarty szlak nie zamyka się prędko. Z Mikołajem Grynbergiem rozmawia Krystyna Romanowska


18 grudnia, 2023

Po napisaniu książki „Jezus umarł w Polsce” zakończył pan pracę na polsko- białoruskiej granicy czy będzie pan tam wracał?

Praca nad tą książką była niezwykle cennym doświadczeniem. Mimo bardzo intensywnych sytuacji i rozmów w ciągu tych miesięcy chciało mi się tam wracać. Do ludzi, których uważam za mądrych, dobrych i takich, którzy sprawdzili samych siebie. Swój system wartości zweryfikowali z działaniami. Chciałbym mieć takie momenty w swoim życiu, w których wiem, że wszystko jest spójne. Widziałem tam wiele dobra, choć wolałbym, żeby go tam nie było, ponieważ de facto zostało ono sprowokowane przez zło. Koszt jest wielki: umierają ludzie. A ci, którzy pomagają, płacą olbrzymią cenę. Bardzo bym chciał, żeby to ekstremalne doświadczenie nie miało złego wpływu na pomagających. Słuchając ich historii, zrozumiałem, że mam przed sobą ludzi prawych, których pewnie, gdyby nie sytuacja na granicy, w życiu bym nie spotkał. Nie wiem, czy będę tam wracał. Czas pokaże.

Ale w książce są też ci, których uważamy za negatywne postacie. Do którego z rozmówców w pana książce najtrudniej było dotrzeć?

Bez wątpienia do funkcjonariuszy Straży Granicznej, którzy odsyłali do swoich rzeczników. A ci – jak wiadomo – kłamią publicznie. Rozmówcy szukałem przez kilka miesięcy. W końcu zadzwoniło do mnie dwóch z nich prawie w tym samym momencie.

Co pan może o nich powiedzieć? To źli ludzie?

Uwikłani. Tak jak wszyscy w tej historii. Jeden odpowiadał krótko i po wojskowemu, budował krótkie zdania i właściwie czekał, kiedy skończę go pytać. Ale na koniec powiedział coś, co – moim zdaniem – jest najbardziej tragiczne w tej historii. „Cokolwiek zrobię i tak będę miał przerąbane”. To jest dla mnie najważniejsze w tej rozmowie. Ale przecież to nie oni mają się zmienić, tylko władza, która wydaje im rozkazy. Drugi strażnik powiedział, że funkcjonariusze, którzy decydują się sięgać po pomoc psychoterapeutyczną, są prędzej czy później zwalniani z pracy.

To w ogóle bardzo ciekawy motyw, który – oprócz pana – mało kto eksploatuje. Bo o ile mówimy o pomocy psychologicznej czy terapeutycznej dla ludzi pomagających osobom uchodźczym, to o funkcjonariuszy Straży Granicznej i ich kondycję psychiczną nikt nie pyta. A przecież nie możemy założyć, że takiego wsparcia nie potrzebują.

Myślę, że niektórzy mają poczucie, są przekonani, że ratują kraj i nasze bezpieczeństwo.

Fot. Jacek Poremba

A nie ratują kraju i naszego bezpieczeństwa?

Znam skuteczniejsze sposoby na ratowanie kraju niż doprowadzanie ludzi do śmierci na granicy. Tym bardziej że inne kraje sobie z tym jakoś radzą: Włosi, Hiszpanie – nie wyłapują ludzi ze swoich plaż i nie wrzucają ich z powrotem do morza. Tylko my obchodzimy się z nimi w tak okrutny sposób.
Wracając do psychoterapeutów – uważam, że specjaliści spełniający standardy etyczne tego zawodu nie powinni pracować z kimś, kto czyni zło. Terapeuta może przyjąć kogoś, kto jest w złej sytuacji psychicznej z powodu tego, czego jest świadkiem podczas pomagania na granicy. Ale to jest moje prywatne zdanie. Jeżeli terapia miałaby służyć pomocy w kontynuowaniu nieetycznych zachowań na granicy, to uznałbym to za niedopuszczalne w tym zawodzie.

Dlatego nie uzyskają profesjonalnej pomocy, dopóki pracują. Ci, którzy sięgają po resortowych psychoterapeutów – wylatują z roboty, ponieważ okazuje się, że w tych resortach nie przestrzega się tajemnicy terapii. Terapeuci raportują komendantom, że „Kowalski jest w kryzysie i mały będzie z niego pożytek”. Mówi się o strażnikach, którzy sięgnęli po pomoc i stracili robotę. Ufam, że pojawią się sygnaliści, którzy będą chcieli o tym opowiedzieć. Wtedy ministerstwo będzie musiało się z tego tłumaczyć. Ci ludzie są ostatnim ogniwem tego parszywego łańcucha, który nie kończy się w Warszawie w resortach siłowych, tylko w Brukseli, ONZ. Frontex na granicę nie przyjechał, bo go nie
chcieliśmy. Oni się cieszą, że nie muszą sobie brudzić rąk we krwi.

Wielu z pańskich bohaterów mówi o ogromnym wpływie, jaki ma to, co się dzieje na granicy, na ich życie. Zaniedbywani partnerzy, partnerki, dzieci, rozpadające się związki, konflikty sąsiedzkie, konflikty światopoglądowe, trauma, wyczerpanie. Pomyślałam sobie, że – być może – dzieci z rodzin, które się rozpadły na skutek tego, że jedna ze stron zaangażowała się bardziej, a druga tego nie zaakceptowała – nie ocenią jednoznacznie pozytywnie działań dorosłych. I powiedzą, że ktoś z nich poświęcił ich dobro na ołtarzu czyjegoś dobra.

To są bardziej skomplikowane sytuacje. Ci ludzie dostają na telefon „pinezkę”: w tym właśnie miejscu umiera teraz człowiek. I co mają zrobić? To nie są sytuacje bezkosztowe. I to w żadną stronę. Nie wiemy dzisiaj, jak to się potoczy. Jedno wiadomo, że koszty społeczne będą ogromne i na razie jeszcze trudne
do sprecyzowania. Nie wykluczam, że za 20 lat dorosłe już dziecko może o to spytać. Może także być inaczej: dzieci – albo już wnuki – mogą zapytać: „Dziadku, a co robiłeś w czasie, kiedy na granicy ginęli ludzie?”.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

Wspieraj NNO. Otrzymasz dostęp do tego i wszystkich artykułów z magazynu w wersji cyfrowej oraz wydanie papierowe.

Kup magazyn w wersji papierowej!

Udostępnij:

Dołącz do naszej społeczności

Zarejestruj się bezpłatnie, otrzymasz dostęp do wykładów, najnowszych artykułów, wywiadów i podcastów.

Dowiedz się więcej