Przejdź do treści

NNO. Po stronie odpowiedzialności.

Komentujemy świat. Chcemy go zmieniać na lepszy.

Poznaj nas
Postawiono nas po dwóch stronach barykady. O pięknie przyrody, psychologicznym BHP i sprawczości z Elizą Kowalczyk rozmawia Anna Maruszeczko Postawiono nas po dwóch stronach barykady. O pięknie przyrody, psychologicznym BHP i sprawczości z Elizą Kowalczyk rozmawia Anna Maruszeczko
Magazyn

Postawiono nas po dwóch stronach barykady. O pięknie przyrody, psychologicznym BHP i sprawczości z Elizą Kowalczyk rozmawia Anna Maruszeczko


20 grudnia, 2023

W drodze do ciebie zajechałam do słynnej cukierni w Hajnówce. Ekspedientka wyczuła, że nie jestem miejscowa, choć Podlasie to moja druga mała ojczyzna, i pyta: „A co tu ładnego na Podlasiu? Tu nic nie ma”. „Puszcza. Białowieża”. „Ja tam już nigdy nie pojadę, w puszczy tylko trupy”. Zmroziło mnie, choć wiedziałam, że to nieprawda. Ale mieszkańcy są źli, zawstydzeni, rozżaleni i nie wiedzą, z jakiego powodu najbardziej. Rozumiesz ten klimat społeczny?

Sama widzisz, jak tu pięknie! Odnoszę wrażenie, że miejscowi nie doceniają tego, co mają. Ze mnie się śmieją w naszej grupie pomocowej, że nawet na poszukiwaniach ciał zachwycam się przyrodą. Tak, są trupy i będą, dopóki tak będą traktowani uchodźcy. Ale ja staram się przekuwać ten kryzys w coś dobrego, od nowa uczę się kochać ludzi, sprawdzać, co jest w życiu ważne, i cieszyć każdą dobrą chwilą czy dachem nad głową.

Od kiedy ty jesteś stąd?

Od 21 lat. Zakochałam się w puszczy. Pierwszy raz przyjechałam na chwilę, moje najstarsze dziecko miało wtedy niespełna pół roku. Pochodzę z Mazur, ale nigdy nie mieszkałam na wsi, a ta Białowieża na końcu świata… Już po pół roku wiedziałam, że chcę tu zostać. Kupiliśmy stary drewniany dom. Zakochiwałam się w puszczy coraz bardziej. Tu nie ma dwóch takich samych zim czy takich samych wiosen. Ciągle odkrywam coś nowego. Zawsze jest coś, co mnie zachwyca. Nie było łatwo się zadomowić. To hermetyczna społeczność. Każdy nowy traktowany jest tu trochę jak zagrożenie. Po latach tak to widzę. Nazywało się nas nawołocz. Czasami nawet słyszeliśmy, że nie mamy prawa decydować, bo nasz dziadek nie sadził tego lasu… Wtedy, gdy się tu osiedlaliśmy, większość osób była prawosławna. Teraz to się zmieniło, ludzi napływowych jest zdecydowanie więcej. My byliśmy pionierami. Gdy próbowałam coś zaproponować, nie wiem, może żeby w przedszkolu nie dawać dzieciom ziemniaków przez pięć dni w tygodniu, tylko czasem ryż lub kaszę, to dla tutejszych było jak wytykanie, że oni coś robią źle.

Nie o to chodziło?

Nie. Przecież łatwiej ugotować kaszę, niż ciągle obierać ziemniaki. Mniej pracy i zdrowiej nawet. Halloween? W życiu! Więc początkowo nie zawsze było przyjemnie. Z czasem poczułam, że ludzie mnie akceptują, bo moje dzieci się tu urodziły, tu chodziły do przedszkola i do szkoły. Problemy wróciły, kiedy
PiS chciał zacząć ciąć puszczę.

Trzeba było stawić opór?

Zdecydowanie. Ale społeczeństwo było mocno podzielone. W Białowieży od pewnego czasu jest sporo osób z zewnątrz, między innymi naukowców, którzy pracują w Instytucie Biologii Ssaków PAN, w Instytucie Badania Leśnictwa, w Stacji Botanicznej… To są ludzie, którzy zajmują się ochroną przyrody. No a leśnicy dostali przyzwolenie na cięcia w puszczy. Puszczy, która jest dobrem niepowtarzalnym, czymś, co jeśli
wytniemy, to nigdy się nie powtórzy. Społeczeństwo się zwaśniło. Odwróciliśmy się od siebie, ponieważ postawiono nas po dwóch stronach barykady. Straciliśmy niektórych znajomych. My broniliśmy puszczy, oni ją cięli.

Jakie były argumenty tych, którzy przystali na wycinkę?

Widzę w tym analogię do aktualnej sytuacji. Powiedziano im, że trzeba ciąć, bo to jest ratowanie puszczy przed kornikiem drukarzem. Nie słuchano naukowców, którzy badają ten las. Nie dopuszcza się do siebie wiedzy podpartej badaniami i dowodami na zmiany klimatyczne. I zapomina się, że puszcza dobrze wie, co ma ze sobą zrobić, że jedno drzewo upadnie, ale inne będzie rosło na tym, które uschło. Oni tego nie słuchali, podchodzili do puszczy jak do lasu gospodarczego, a to przecież dużo więcej żywy, samoregulujący się organizm.

Puszczę trzeba puścić, dać jej spokój, pozwolić być.

I uczyć się, patrząc, jak ona radzi sobie z różnymi wpływami. Leśnik powinien wiedzieć, że świerk „wypada”, bo jest bardzo sucho, a inne drzewa zaczynają dominować. Zresztą lasy gospodarcze też powinny funkcjonować na podobnych zasadach. To byłoby najkorzystniejsze dla wszystkich stron. Wycinka to potężna strata. Puszcza Białowieska cały czas jest terenem badań naukowców i wciąż nie do końca jest przez nich odkryta. Dlaczego więc niszczyć coś, czego nawet do końca nie znamy? To tak jakby Wawel rozbierać na cegły i rozdawać chętnym.

Zdążyliście zażegnać ten kryzys, czy przyszedł nowy w postaci kryzysu humanitarnego na granicy i pogłębił podziały?

Ten związany z wycinką złagodniał. Można nawet mówić o zwycięstwie. Natomiast kryzys, który przyszedł, pokazał nam, że ludzie, którzy bronili puszczy, bronią w tej chwili „ludzi w drodze”. Ludzie, którzy byli za wycinką teraz wspierają wyłapywanie uchodźców i wspierają narrację propisowską, powtarzając, że to są nielegalni ludzie i nielegalna pomoc.

Czy te podziały były i są sztywne?

Jeżeli chodzi o wycinkę, to raczej tak. „Mój dziadek chodził, patrzył, gdzie są korniki, i chore drzewo wycinał”. Koniec kropka. To, co mówią przyrodnicy, się nie liczy. Natomiast przy tym drugim kryzysie – muszę z ulgą przyznać – jakaś część osób, które na początku były bardzo przeciwko ludziom przechodzącym przez zieloną granicę, po tym jak spotykali ich fizycznie, potrafili zmienić zdanie. Naprawdę co chwilę dowiaduję się o osobach, które pracują w lasach, że noszą dodatkowe jedzenie ze sobą i nie dzwonią po Straż Graniczną.

Nawet ci, którzy wcześniej to robili i byli przeciwni pomaganiu?

Wcześniej, gdy tłumaczyłam, że to są ludzie, którzy muszą uciekać, ponieważ grożą im prześladowania lub śmierć, to reakcje były różne. Później słyszałam: „No bo jak zobaczyłem tego chłopaka pobitego przez służby, głodnego, płaczącego, to nogi się pode mną ugięły”. I koniec tematu. Sporo osób nie mówi o tym, że pomaga, a wiem, że pomagają. Sporo osób wpuszcza ludzi na podwórka, do domu, karmi. I jeśli ktoś się o tym dowie, to proszą, żeby tego nie ujawniać. Oficjalnie nie zmieniają zdania. Ale ich sumienie nie pozwala im być obojętnym.

Czy ludzie z granicy nadal przychodzą na podwórka?

Mniej, ale się zdarza. Przychodzą, ponieważ są zagubieni. Czasami są tak fizycznie wycieńczeni, że nie do końca trzeźwo myślą, są zaplątani, czasem bez telefonu albo bez zasięgu. I instynktownie idą w stronę wsi. Niedawno zawiadomiła mnie koleżanka, że trzeba komuś pomóc, a ona nie zajmuje się pomocą. Wzruszyłam się. To była żona strażnika granicznego, już na emeryturze. Natrafiła na człowieka, który nawet nie wiedział, gdzie jest. Cały czas są w lokalnej społeczności ludzie, którzy donoszą na uchodźców do Straży Granicznej. Podobno są i tacy, którzy organizują patrole i wyłapują tych ludzi. Niektórzy z nich żądają pieniędzy za milczenie. Słyszałam też o takich, którzy ich okradają, grożąc bronią. Człowiek, wybierając się na drugi koniec świata, sprzedaje wszystko, więc zawsze coś przy sobie ma.

Znasz inne osoby, które przeszły metamorfozę?

Muszę powiedzieć, że Straż Graniczna do czasu kryzysu była tutaj bardzo szanowana. Sama czułam do nich ogromną sympatię. Nawet miałam kilku kolegów w SG. To się jednak drastycznie zmieniło. Byłam świadkiem kilku akcji z udziałem ludzi, których znam, i których rozpoznałam, chociaż byli zamaskowani. Zwykle mają zasłonięte twarze. Teraz czasem mijam ich na ulicy, spotykam w szkole na zebraniach rodziców. Nie mogę tego zrozumieć, jak można wyrzucać przerażonych, wymęczonych, często chorych ludzi, dzieci, kobiety na druty, a potem wrócić do swoich dzieci i żon w ciepłym domu, iść na koncert
czy do kościoła, jak gdyby nic się nie stało.

Masz na to odpowiedź?

Oni się zasłaniają rozkazami, ale my im mówimy, że te rozkazy są niezgodne z prawem, że tego nie można robić po prostu. Pushbacki są nielegalne. Rzucamy paragrafami. Myślę, że chyba też nie mają wyjścia. Do
czasu kryzysu SG miała tutaj dobre życie. To była naprawdę fajna robota. Pewna. No i ta szybka emerytura. I nagle stykają się z kryzysem humanitarnym na wielką skalę. Tylko nie wiem, co myślą uzbrojeni po zęby faceci, stając naprzeciwko bezbronnych cywili. Bo ja nie chcę, żeby oni nas bronili przed cywilami. Oni nas mają bronić przed najeźdźcami, a nie przed ludźmi na skraju życia i śmierci. I te tysiące wojska na granicy, elektronika, mur za kupę pieniędzy, które poszły w błoto, bo uchodźcy i tak przechodzą.


Chcesz przeczytać cały artykuł?

Wspieraj NNO. Otrzymasz dostęp do tego i wszystkich artykułów z magazynu w wersji cyfrowej oraz wydanie papierowe.

Kup magazyn w wersji papierowej!

Udostępnij:

Dołącz do naszej społeczności

Zarejestruj się bezpłatnie, otrzymasz dostęp do wykładów, najnowszych artykułów, wywiadów i podcastów.

Dowiedz się więcej