Przejdź do treści

NNO. Po stronie odpowiedzialności.

Komentujemy świat. Chcemy go zmieniać na lepszy.

Poznaj nas
Narcyzm polski Narcyzm polski fot. Maciej Zienkiewicz
Magazyn

Narcyzm polski


16 sierpnia, 2022

To może działać w drugą stronę? Gdyby tak zacząć wpuszczać w sieć język miłości… co zresztą się dzieje (Younity.pl), tylko nie wiadomo, na jaką skalę.

Czyli można przyjąć, że podobnie jest z językiem pogardy czy mową nienawiści – sieć została zainfekowana przez nieliczną, acz brutalną grupę internautów?

Z profesorem Michałem Bilewiczem o nieczystości, wstydzie i wstręcie w relacjach społecznych rozmawia Anna Maruszeczko

Jak myślimy o sobie jako społeczeństwo – z coraz większym zażenowaniem i wstydem czy bałwochwalczym zadowoleniem?

W psychologii społecznej mówimy w takich przypadkach o narcystycznej tożsamości narodowej, która łączy w sobie wstyd z powierzchowną pewnością siebie, samoocenę wysoką i niską. Bywa, że człowiek na zewnątrz pyszni się przed innymi, choć jest świadom wielu swoich wad, udaje, że jest kimś innym, niż w istocie jest, podobnie może być z narodami. Najważniejsze jest wywarcie wrażenia na innych, podtrzymanie wizerunku moralnego jako odważnego, gotowego do poświęceń narodu.

Ilustracja Dorota Piechocińska


Postawa narcystyczna jest w dużej mierze defensywna, ponieważ służy obronie przed potencjalną krytyką. Mamy tu często do czynienia z rodzajem wyprzedzającego ataku, który ma nas obronić przed ujawnieniem naszych przywar, których jesteśmy świadomi, a które ukrywamy przed światem.
Krytykujemy, atakujemy innych, bo czujemy się niedowartościowani, mamy wyostrzoną uwagę na wszystkie prawdziwe bądź wyimaginowane zarzuty wobec Polski czy Polaków.

I dlatego nawołujemy, by „wstawać z kolan”, nawet gdy nikt nie oczekuje,
byśmy klęczeli?

Tak, odgrażamy się, „że nas nie doceniają, ale kiedyś docenią”. Jednocześnie towarzyszy temu lęk, że ktoś nam kiedyś wyciągnie kolejne Jedwabne, Radziłów czy ujawni innego trupa w szafie i okaże się, że nie jesteśmy tacy, jak próbujemy się światu przedstawić.

Skąd u nich, u nas, to dobre samopoczucie?

To jest rodzaj iluzji, właśnie narcystycznej. Badania psychologiczne prowadzone przez profesor Aleksandrę Cichocką z uniwersytetu w Canterbury w Wielkiej Brytanii pokazują, że przyczyną tego zjawiska jest brak kontroli i sprawczości we własnym życiu. Gdy człowiek jest pozbawiony wpływu na bieg wydarzeń, często w odruchu samoobrony przyjmuje postawę narcystyczną. Tak samo dzieje się na poziomie społeczeństw.
To dobrze pasuje do doświadczeń Polaków na przestrzeni ostatnich 200 lat. Okres, gdy Polacy stanowili o swoim państwie, obejmował jedynie lata międzywojnia, które też zaczyna się od traktatu wersalskiego, czyli od układu mocarstw. A my żyjemy mitem, że wywalczyliśmy sobie tę Polskę.

To frustrujące, że jako naród, państwo, społeczeństwo nie mamy powodów do dumy.

Właśnie mamy, tylko nie odczuwamy dumy wobec tego, co powodem do tej dumy mogłoby być.

Na przykład?

Czy uczymy młode pokolenia o wspaniałych przemysłowcach polskich z XIX wieku, którzy zalewali swoimi produktami całe imperium rosyjskie? Ciekawe, że w nauczaniu historii są oni nieobecni.

Wolimy romantyzm, a nie pozytywizm

Tymczasem mieliśmy w historii wielu ludzi przedsiębiorczych, pracowitych… Wiemy o Marii Skłodowskiej-Curie, ale nie mamy w zbiorowej świadomości setek innych osób, których Polska wykształciła i którzy budowali światową medycynę czy naukę.

Budujemy tę dumę na wątpliwych podstawach, a tam, gdzie trzeba by było rzucić światło i docenić Polaków w historii, jest ciemno?

Budujemy dumę na bólu, pocie i krwi, na poświęceniach. Uważamy, że nasza prawdziwa wielkość wynika z cierpienia i naszym największym wkładem w historię są nasze ofiary. Stąd na przykład rola żołnierzy wyklętych, „Inki”, ludzi po wojnie prześladowanych. Te wydarzenia stanowią oś kształtowania się świadomości historycznej Polaków. Oczywiście pamiętamy też o świadectwach naszej potęgi militarnej – Sobieski pod Wiedniem, który broni Europy. Ale to zawsze jest jakaś obrona, walka z zagrożeniem. To
nigdy nie jest potęga w nas samych, taka, przy której nie potrzebujemy wrogów, z którymi walczymy.

Czy to można odwrócić? To zwracanie się ku przeszłości, z akcentem na żołnierzy wyklętych, wręcz eskaluje w ostatnich latach. Dlaczego nie budujemy polskiej tożsamości w odniesieniu do zdobyczy współczesności? W ostatnich 42 latach przybyła nam czwórka noblistów! O osiągnięciach w biznesie czy nauce też nie słychać, ani w mediach, ani w szkołach, gdzie znowu celebruje się głównie narodowe rocznice.

Owszem, dodając kolejne godziny nauczania historii, zamieniając lekcje wiedzy o społeczeństwie, na których młodzi Polacy mogliby poznać podstawy funkcjonowania państwa i prawa, na dziwaczy twór zwany „Historia i Teraźniejszość”. To wszystko w zamierzeniu ma ugruntowywać martyrologiczny sposób
myślenia o własnej wspólnocie. To z kolei nastraja ludzi integrystycznie. Zaczynają postrzegać obcych, innych jako potencjalnych wrogów, a nie potencjalnych współpracowników.

24.11.2021 Warszawa – Michal Bilewicz – Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego fot Maciej Zienkiewicz

Niektórzy czują się wybrani. Inni pogrążają się w dotkliwym braku nadziei. Filozof i psychiatra Andrzej Leder w wywiadzie dla NNO.pl tak to zdiagnozował: „Polskie społeczeństwo jest rozszczepione na dwie części. Jedna część jest w czymś, co metaforą Fromma można by określić ucieczką od wolności, a druga jest w takim miejscu, w którym czuje ciągłą opresję, ciągłe poczucie pozbawiania podstawowych podmiotowych możliwości. Obie części są w konflikcie. Nikt nie wygra. Przegrają wszyscy”, ale dodał: „Ja nie tracę nadziei”. A pan?

Pytanie, czy będziemy w stanie odbudować wzajemne zaufanie, czy też po zmianie władzy nastąpi okres kolejnych rozliczeń. Badania psychologiczne świadczą o tym, że ludzie, którzy są poniżani, zwykle później
się odgrywają. Najgorsze jest to, że celem nie jest tylko przejęcie władzy, ale też poniżenie tych, którzy przegrali. Podczas rządów Zjednoczonej Prawicy zrodziła się głęboka frustracja tych, którzy zostali pokonani i ich dojście do władzy może skutkować potrzebą rewanżu. Tego się obawiam.

Z badań zamówionych przez NNO w pracowni Maison wynika, że wstyd obok zazdrości to najrzadziej odczuwana emocja przez Polaków, zwłaszcza przez ludzi młodych. Wiele zachowań nieetycznych nie jest dla nich powodem do wstydu. A przecież „bezwstyd też jest beznadziejny”, jak powiedziała kiedyś, wprawdzie w odniesieniu do dyskusji o jawności życia seksualnego, psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska. Czy to właśnie ów narcyzm wyklucza wstyd, a co za tym idzie – samokrytycyzm?

W psychologii emocji wyróżniamy dwa rodzaje wstydu, które mają fundamentalnie różne konsekwencje. I powinniśmy je wartościować odmiennie. Pierwszy to jest wstyd wizerunkowy związany z tym, jak jestem
postrzegany, jak inni mnie widzą, drugi – to wstyd moralny, który wiąże się z tym, że odkryliśmy w samych sobie jakiś uszczerbek na naszej moralności, że widzimy w sobie zdolność do nieuczciwego zachowania.
Zupełnie inny jest też sposób radzenia sobie ze wstydem. Z pierwszym rodzajem wstydu radzimy sobie, przekonując innych, jacy jesteśmy wspaniali. W przypadku drugiego zaczynamy się zastanawiać, jak powinniśmy postępować, żeby nie odczuwać go w przyszłości. Oba te doświadczenia są awersyjne, nieprzyjemne, ale to wstyd moralny powoduje, że zastanawiam się, co mogę zmienić w swoim działaniu. Wydaje mi się, że w Polsce odczuwanie wstydu wizerunkowego jest powszechne. Ludzie często mówią na przykład, widząc Polaków w Wielkiej Brytanii, którzy nie znają angielskiego, ale wykorzystują system opieki
społecznej, że im za to wstyd.

Częściej chyba wstydzimy się za polityków, nieuczciwych pracodawców, nierzetelne media niż za swoje nieetyczne zachowania.

Wstydzimy się też za siebie. Doświadczamy syndromu człowieka w sposób nieuprawniony wywyższonego i boimy się, że zaraz to się wyda, okaże się, że mówimy po angielsku z nieznośnym akcentem czy nie umiemy się zachować w jakiejś sytuacji. Takiego wstydu doświadczamy dość często. Wstyd wizerunkowy
będzie w fundamentalny sposób kształtował zachowanie narcyza, bo on ma obsesję tego wstydu, ale nie pozwoli sobie, żeby się odsłonić i powiedzieć o tym. A wstyd moralny jest przez narcyzm zablokowany. Zablokowane jest nawet jego odczucie. Refleksja, że ja mógłbym się zachować niemoralnie, jest z założenia niemożliwa.

Niemożliwa dla narcyza i niemożliwa dla narodów czy społeczeństw narcystycznych?

Tak. I tu zgodzę się, że w Polsce ten pierwszy narcyzm będzie nieujawniany, choć często odczuwany, a ten drugi może być wręcz nieodczuwany.

Kościół nie pomaga odblokować tego wstydu? Polacy to wciąż religijny naród.

Kościół to kanalizuje. Wstyd moralny sprowadza do sfery nieczystej cielesności człowieka, no i daje od niej odkupienie. Spowiedź jest mechanizmem zrzucania z siebie wstydu. I Kościół nie jest w tym wyjątkiem. Również w judaizmie, chociażby w czasie święta Jom Kipur, żydzi poddają się rytuałowi oczyszczenia z grzechów z całego roku.

Dzięki Bogu! Inaczej przygniotłoby nas poczucie winy. Jednak w Kościele trzeba się ukorzyć, żałować za grzechy i obiecać poprawę.

Tak, ale to wszystko ma miejsce w murach kościoła, jedynie wobec spowiednika, to nie jest coś, co wypowiada się publicznie. Rzadko pokutą jest naprawa relacji z innym człowiekiem. A to byłby taki rodzaj pokuty, który w sensowny sposób wynikałby z owego wstydu moralnego.

Jakie Polacy mają teraz powody do wstydu?

Raczej jakie mogliby mieć. Bo jest wiele mechanizmów, które pozwalają nam tego wstydu nie odczuwać. Psychologia społeczna te mechanizmy dokładnie i uważnie bada. Polacy mogliby się wstydzić tego, co dzieje się na naszej wschodniej granicy, gdzie ciągle umierają ludzie. To jest właśnie taki rodzaj wstydu, który łatwo zablokować, kiedy się znajdzie dobre uzasadnienie: „To Łukaszenka”, „to terroryści”, „to pedofile i zoofile”. W ten sposób zapobiegamy tej awersyjnej, dyskomfortowej emocji. Myślę, że te uzasadnienia w Polsce świetnie działają.

Innym powodem do wstydu, jaki mógłby być naszym udziałem, jest to, jak bardzo nie potrafimy sobie poradzić z epidemią, jak bardzo niesprawne są instytucje, o które powinniśmy się troszczyć – służba zdrowia, sanepid etc. Tragicznie doświadczeni w II wojnie światowej dopuściliśmy do sytuacji, w której tygodniowa liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa zbliża się do liczby ofiar podczas okupacji niemieckiej (od 800 do 1000). To jest trauma o skali, jakiej Polska nie zaznała od dekad.

I tu pojawia się przerażające uzasadnienie braku wstydu. „Umierają ludzie starzy, z przewlekłymi, towarzyszącymi chorobami, prędzej czy później i tak by umarli” – takie myślenie – choć trudno to udowodnić – wkrada się na sale szpitalne, SOR-y i dotyczy nie tylko COVID-u.

To typowa strategia moralnego odcinania się. Jeśli nie jestem w stanie nic zrobić, zaczynam zmieniać swoje postrzeganie ofiary. Zaczynam uzasadniać to, co dzieje się na moich oczach. Psychologowie nieraz opisują takie zachowania np. wśród świadków zbrodni ludobójstwa.

W czasie epidemii ludzie też zaczęli żyć w codziennej konfrontacji ze śmiercią i cierpieniem. Ogrom tragedii jest niewyobrażalny, nie do udźwignięcia, więc łatwiej jest ją potraktować jako zjawisko losowe, które nas dotknęło, i podważyć jakiekolwiek możliwości przeciwdziałania temu. Stąd też popularność ruchów antyszczepionkowych.

To znaczy, że instytucje państwowe mogą chcieć ukryć swoją indolencję w walce z koronawirusem, a ruchy antyszczepionkowe – udowodnić, że szczepionki nie działają? 

I jednym, i drugim zależy na ugruntowaniu w ludziach przekonania, że to losowe zagrożenie epidemiczne, a nie coś, co podlegałoby ludzkiej kontroli. 

Bo jeśli przyjęlibyśmy, że to podlega ludzkiej kontroli, to musielibyśmy przyznać: „Tak, nawaliliśmy. Nie przeprowadziliśmy skutecznie programu szczepień, nie zbudowaliśmy skutecznego systemu namierzania przypadków zachorowań i izolowania chorych na wczesnym etapie, nie zmobilizowaliśmy ludzi do zachowywania dystansu społecznego czy zamykania instytucji, w których dochodzi do spotkań na dużą skalę. Wtedy, kiedy ta pandemia się napędzała, zabrakło nam zdecydowania. Efektywność Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii była zdecydowanie większa niż efektywność państwa polskiego. Liczba zachorowań jest tam też duża, ale śmiertelność nieporównanie mniejsza niż w Polsce.

Ludzie to widzą i jednoznacznie deklarują w badaniach. W Niemczech większość badanych twierdzi, że ich państwo dobrze radzi sobie w czasie epidemii. W Polsce – zdecydowana mniejszość respondentów zgadza się z takim stwierdzeniem.

Słyszymy o zgonach codziennie przy śniadaniu czy w drodze do pracy, ale przyzwyczajamy się. Czy to jest jednoznaczne z tym, że przestajemy się tym przejmować, tak samo jak kryzysem humanitarnym na granicy?

Coraz łatwiej oswajamy się z tym. Ale to jest możliwe tylko wtedy, gdy doprowadzimy do zdehumanizowania ludzi – powiemy sobie, że to nie są do końca ludzie. Wtedy nie musimy odczuwać wstydu z tego powodu. Tak jak w przypadku starych ludzi, którzy padli ofiarą COVID-u, bo przecież „i tak by umarli prędzej czy później”. Tego rodzaju uzasadnienia pozwalają nam się moralnie odciąć i zachować poczucie bezwstydu, moralnego bezwstydu.

Swoją drogą ciekawe, że słowa wstyd czy bezwstyd zostały bardzo mocno powiązane ze sferą seksualności. Gdy mówimy o wstydzie, od razu nasuwa nam się ten kontekst. To spowodowało, że wiele innych domen moralności, które wydawałoby się, że są podstawowe, takie jak troska o innego człowieka, niekrzywdzenie go, zostały zepchnięte na dalszy plan. 

W nauczaniu Kościoła katolickiego bardzo dużo miejsca zajmują wypowiedzi hierarchów kościelnych dotyczące kwestii ludzkiej cielesności – aborcji, antykoncepcji, homoseksualizmu. Nie jestem w stanie w pełni wyjaśnić, jakie są tego przyczyny. Bardzo często zarzuca się tzw. seksualizację rzeczywistości stronie liberalnej, a to właśnie cicha rewolucja konserwatywna doprowadziła do seksualizacji myślenia o moralności w Polsce.

Potwierdzają to też badania psychologa moralności Jonathana Haidta, który mówi, że są różne fundamenty moralne. Dla osób lewicowych i liberalnych moralność to jest głównie niekrzywdzenie innych ludzi albo sprawiedliwość podziału zasobów. Konserwatyści różnią się od liberałów tym, że mają jeszcze moralny fundament czystości. 

Dla konserwatysty profanacja symbolu religijnego jest tak samo niemoralna jak skrzywdzenie człowieka. Dla osoby liberalnej to będzie nie do przyjęcia. Gdy słyszymy o prześladowaniu chrześcijan w Polsce, to przecież nie chodzi o przemoc fizyczną, tylko o to, że naruszone są ważne dla nich symbole religijne.

I to jest problematyczne, bo jeżeli nie zgadzamy się nawet w kwestii, co jest istotą moralności, to bardzo trudno jest myśleć o tworzeniu jakiejś wspólnoty. My nawet nie mamy wspólnych kodów, które by pozwalały ocenić, jakie zachowanie jest niemoralne. 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

Wspieraj NNO. Otrzymasz dostęp do tego i wszystkich artykułów z magazynu w wersji cyfrowej oraz wydanie papierowe.

Kup magazyn w wersji papierowej!

Udostępnij:

Dołącz do naszej społeczności

Zarejestruj się bezpłatnie, otrzymasz dostęp do wykładów, najnowszych artykułów, wywiadów i podcastów.

Dowiedz się więcej