• Brak produktów w koszyku.

Moralizowanie nad ciecierzycą, czyli gniew nasz codzienny

Przyznam się państwu od razu: ten tekst zaczęłam pisać pod wpływem złości. A nawet wściekłości. Takiej zwykłej, codziennej, prostej. Jak to się zaczęło?

Wróciłam z pracy, zaparkowałam, otwieram bagażnik. Oczywiście zakupy, które robiłam po drodze, beztrosko walają się w bagażniku. Pierwszy zgrzyt zębami. Dobra, zbieram, mamrocząc pod nosem jakieś nieładne słowa. Targam tę siatę po schodach. Oczywiście w tym momencie mój piesek postanawia wyrazić miłość do mnie, łasi się i włazi pod nogi. Dodam, że piesek to nie york tylko wilczur. Potykam się o niego, drugi zgrzyt zębów. Dzielnie docieram do kuchni, mocując się po drodze z drzwiami, alarmem i płaszczem. Torba (wielorazowa!) w tym właśnie momencie postanawia mi przypomnieć o niewielkim rozdarciu, które miałam zaszyć. Nie zrobiłam tego, więc torba w ramach protestu rozpruwa się wzdłuż brzegu. Zakupy są wolne! Patrzę na malowniczą martwą naturę na podłodze – jajka pięknie się wkomponowały w ryż z rozsypanej torby, syrop klonowy ma kolor o ton ciemniejszy od moich kafli, a pomidory (dla męża! Ja w sezonie zimowym ich nie tykam, bo są paskudne!) rozbiegły się po całej kuchni, a nawet dwa znalazłam pod kanapą w salonie. I tu należy dziękować Opatrzności, że w domu byłam sama i nikt nie słyszał, jak to skomentowałam.

Co wam pomaga pozbyć się złości? Ja najlepiej odreagowuję, czytając, ale tego wieczoru stres wyładowałam przy garnkach, gotując dla rodziny. I tak, stojąc przy kuchni i mieszając ciecierzycę z pomidorami, szpinakiem, masłem orzechowym i mleczkiem kokosowym, zrobiłam listę rzeczy, które doprowadzają mnie do stanu wrzenia. Oto ona:

Przeklinanie

Koszmar dnia codziennego. Przeklinanie w pracy, w komunikacji miejskiej, w filmach. Przeklinamy bez względu na płeć, wiek, pozycję społeczną. Najbrudniejsze polskie słowa, jakie słyszałam, były wypowiadane przez śliczną roześmianą nastolatkę z najnowszym iPhone’em w ręku i torebką Chanel.  

Pracuję w męskim towarzystwie i moich kolegów kocham platonicznie. Są źródłem niezliczonych prześmiesznych powiedzonek i historyjek, które skrzętnie zapisuję (zamierzam je wydać drukiem i zarobić na tym fortunę). Ale są to wciąż rywalizujące ze sobą samce, więc w chwilach starcia język zaczyna być soczysty. Ze względu na moją osobę (kobieta) panowie postanowili zastąpić słowa niecenzuralne słowem „faktura”. Od tego momentu w stresujacych sytuacjach w naszym pokoju zaskakujaco wzrosła „fakturowość”. Ówczesny szef, słysząc słowo „faktura” tak często, aż pokraśniał z zadowolenia. Strach było wyjaśniać, że nasze „faktury” nie do końca przekładają się na zyski. 

Chamstwo na drodze.

Bardzo dużo jeżdżę samochodem. To, co wyprawiamy na drogach, jest niepojęte. Mam wrażenie, że Pan Bóg ma dla nas jakiś specjalny pakiet boskiej opieki. CODZIENNIE jestem świadkiem sytuacji drogowych, w których tylko dzięki boskiej interwencji nie dochodzi do nieszczęść. Zajeżdżanie, wyprzedzanie na linii ciągłej, jazda zygzakiem. Poganianie poprzez trąbienie lub świecenie tzw. długimi swiatłami, kiedy nie ruszasz spod sygnalizacji nanosekundę po zmianie na zielone światło.

I jeszcze coś, co mnie i wkurza i bawi jednocześnie (tak, to jest możliwe). Po mieście jeżdżę małym samochodem. Zdarza się, że wyprzedzam tych baaardzo wolno jadących. Kiedy jednak zobaczą, że wyprzedza ich taka pchełka, jak mój up!, w dodatku z kobietą za kierownicą, to budzi się w nich demon. Ciśnie pedał gazu, z rury wydechowej wydobywa się chmura czarnego dymu (diesel, który „jeszcze pojeździ”…), cylindry omal nie zdechną z wysiłku, ale jedziemy! Może wylecą wszystkie śrubki z samochodu, ale dumnie mnie wyprzedzi i… zwolni. Są też momenty grozy. Przykład z życia: wyprzedzam tira (tym razem dużym samochodem) i na tył mojego volvo najeżdża jakiś szaleniec, świecąc mi z daleka. Rozumiem, że mam natychmiast wjechać pod tę ciężarówkę i dać się zabić, żeby ten z tyłu mógł dalej pędzić. Szczególny ukłon dla autostrady A2 na odcinku Warszawa – Poznań oraz kierowców pewnej trzyliterowej marki.

Śmiecenie

Przykład z mojego miejsca zamieszkania. Główna poczta w Piasecznie. Wchodzę, pobieram numerek. Grzecznie czekam na swoją kolejkę. Jakaś młoda kobieta odchodzi od okienka, gniecie w ręku papierek z numerkiem i rzuca go na podłogę. Kiedy zdziwiona pytam głośno, czy tak ma zamiar to zostawić, ta jędza odpowiada, że tak i wychodzi. Nikt nie reaguje. Podnoszę papierek i wyrzucam do kosza, który stoi obok drzwi wyjściowych. 

Inna sytuacja. Mieszkam w domu, który stoi obok drogi prowadzącej do stacji kolei. Raz w miesiącu zbieram spod płotu torbę śmieci – papierowe i foliowe torby, butelki, opakowania po chusteczkach. Za każdym razem zastanawiam się, jak to jest możliwe, że można tak po prostu rzucić śmieci i iść dalej.

Żeńskie końcówki zawodów

Prezeska, chirurżka, ministerka, adiunktka, profesorka. Zęby mnie bolą. Nie jestem ich przeciwniczką, bo wiem, że język jest płynnym tworem podlegającym modyfikacjom. Zniechęca mnie nachalny nieformalny nakaz ich stosowania. Jestem pełna podziwu dla kobiet, które zostają prezesami firm, są adiunktami i profesorami uczelni wyższych, jako chirurg sprawnie operują skalpelem i staplerem. To dla mnie boginie współczesności! Niech ta nieszczęsna żeńska końcówka wkracza w nasze codzienne słownictwo, ale może tanecznym krokiem, a nie przemarszem ciężkiej artylerii.

Książki kucharskie

Patrząc na półki w księgarniach, odnoszę wrażenie, że strach się przyznać do jedzenia mięsa i pełnotłustego nabiału. Zjedzenie najzwyklejszego schabowego z ziemniakami i marchewką z groszkiem pozycjonuje nas na dnie kulinarnej drabiny społecznej. Jak kotlet to najlepiej z tofu lub boczniaka, swojskie pyry trzeba zastąpić makaronem soba, a surówka to wymyślna kompozycja z kilku płatów surowej marchewki (krojona specjalną maszynką), dwóch liści jarmużu, połówki ekologicznego awokado, polane olejem z pestek winogron i przybrane kilkoma listkami kolendry. A co ma zrobić mięsożerca (ja), który zmniejsza ilość jedzonego mięsa na rzecz warzyw i roślin strączkowych, ale nie chce wydawać na to fortuny? I dba o ślad węglowy? 

Lubię gotować. Mąż jest zazwyczaj zadowolony (mlaszcze, to chyba objaw akceptacji), znajomi nie przynoszą własnych kanapek ze strachu przed moim menu. Lubię ich zaskakiwać i dlatego rynek książek kucharskich jest mi znany. I co z tego wynika? Otóż te książki maja wciąż te same przepisy. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć pozycje, które wniosły coś nowego do mojego menu i nie spowodowały zaciągnięcia kredytu na 20 lat, żeby podołać zakupowi składników. 

Rozmowy przez telefon w miejscach publicznych

Wiem. Czasami trzeba – bo chore dziecko, bo koniec projektu, bo na tę informację czekaliśmy od kilku dni. Podkreślam: CZASAMI. Większość rozmów w przestrzeni publicznej to kłapanie jęzorem. I zmuszanie otoczenia do wysłuchiwania tych bzdur. Przykład (żeby nie było, że jestem gołosłowna): kolejka do kasy w Auchan. Cierpliwie czekam ze swoimi zakupami. Przede mną schludnie ubrany mężczyzna. Oczywiście z telefonem przy uchu. Nawet jakbym się zawinęła w supełek, to i tak będę zmuszona do słuchania jego rozmowy. Pytania: „Co robisz?”. „Gdzie jesteś?, „A jutro?” itd. Kolejny telefon – tym razem do kolegi, więc i język bardziej soczysty (patrz punkt 1 mojej listy). Tu następuje opis heroicznych wyczynów na drodze (patrz punkt 2 listy) przerywany rechotem. Właściwie nie powinnam zwracać na to uwagi, niech miele dalej ozorem, ale wszystko to odbywa się nad głową kasjerki, która każdego klienta grzecznie wita (mój poprzednik akurat wtedy opowiada o swoich osiągach za kierownicą). Pani sprawnie pracuje, na koniec z uśmiechem podaje kwotę do zapłaty, a buc rzuca jej kartę kredytową i z miną księcia odchodzi, pchając swój wózek. Pani za kasą ma wygląd hrabianki (nie żartuję!), zazdroszczę jej klasy i spokoju, gdy ignoruje prostaków. A może to kwestia przyzwyczajenia?

Prezentując moją listę, chcę zaznaczyć, że biorę ją sobie do serca. Nie śmiecę, nie przeklinam (przynajmniej nie w towarzystwie!), jeżdżę przepisowo. Nie jestem ideałem, bo nie chcę nim być (to chyba nudne) i nie nadaję się, ale staram się trzymać swoich prostych zasad. A w chwilach zwątpienia – w siebie, w rzeczywistość, w ludzi – jadę z kolegą z pracy do Argentyńczyka i kupuję karton wina (bo kolega się świetnie na winach zna!). I kiedy delektuję się kieliszkiem las perdices lub jardim privado, od razu moja lista blaknie, ale nigdy nie tracę jej z pola widzenia – nawet podwójnego!

Miłego dnia!

PS Dla zainteresowanych: ciecierzyca była bardzo smaczna!

Artykuł został opublikowany w 7 numerze gazety Nienieodpowiedzialni.

Od ponad 20 lat związana z marketingiem. Zapalona ogrodniczka (specjalność - pomidory), kocha książki i nowoczesne technologie. Ma męża, troje dzieci, jednego wnuka, psa i ostatnio kotka.