• Brak produktów w koszyku.

Najważniejsze jest stawianie pytań – rozmowa z ks. prof. Alfredem Wierzbickiem

Z księdzem profesorem Alfredem Wierzbickim o manowcach, produkcji bibuły, babci Urszuli i źródłach nadziei rozmawia Anna Kamińska

Czy ksiądz chodzi na manowce?

Chodzę wszystkimi drogami, które są przede mną, także gościńcem (śmiech).

Jak rozumieć to, co powiedział ks. Józef Tischner, że ksiądz powinien chodzić na manowce?

Zrozumiałem to tak do końca dzięki papieżowi Franciszkowi, który mówi, że Kościół to jest szpital polowy. To znaczy Kościół powinien pełnić misję na peryferiach. I te manowce mogą być społeczne, kulturowe czy egzystencjalne. Jezus też chodził przecież po manowcach. I potem o wiele rzeczy zresztą go oskarżano, że się zadaje nie z tymi, co trzeba, tj. z ludźmi złego prowadzenia itd. Ksiądz może chodzić różnymi drogami, ale rzeczywiście zgadzam się, że jego miejsce jest przede wszystkim na manowcach.

Dowiedziałam się, że ksiądz poszedł w jakimś sensie na manowce, angażując się w życie społeczne już w latach 80.,wspierając i ukrywając opozycjonistów. Czy możemy wrócić do tych historii? Jak to było?

Nie wspierałem opozycjonistów, tylko pomagałem przyjaciołom w trudnej sytuacji, ale dobrze, opowiem. Pierwszą historię to chyba Pan Bóg wyreżyserował. Byłem wtedy na szóstym roku seminarium i wcześnie rano miałem wyjść z posługą do pewnego kościoła. To było 13 grudnia 1981 roku. Stanąłem przy drzwiach wyjściowych i natknąłem się tam na mojego kolegę, studenta KUL-u. Okazało się, że on miał tej nocy dyżur, współpracował z zarządem Solidarności. Zobaczył tej nocy, że ludzie są wyprowadzani z mieszkań i zakładów pracy, bo objechał miasto, był m.in. pod wielką lubelską Fabryką Samochodów Ciężarowych (FSC). To była niedziela, godz. 6.00, może 5.30. Gdy opuszczałem seminarium, pod drzwiami stał on i dwie inne osoby, które uciekły z domu przed internowaniem i chciały udać się po pomoc do biskupa, który miał swoją rezydencję tuż obok. Zauważyli, że w seminarium zaświeciło się światło, gdy ja wychodziłem z budynku, i spotkaliśmy się pod drzwiami. Kiedy zorientowaliśmy się wszyscy, że jest stan wojenny, bo zobaczyliśmy wkrótce w telewizji przemawiającego gen. Jaruzelskiego, zaangażowałem się w ukrywanie tych ludzi, pomoc materialną dla nich itd. Znaleźliśmy im szybko mieszkania prywatne, ja byłem tylko skromnym koordynatorem tej akcji, zaangażowały się w nią także władze seminarium i siostry zakonne. W stanie wojennym zostałem też księdzem. Moją pierwszą parafią była ta w Nałęczowie i tu rzeczywiście już sam ukrywałem kogoś, kto uciekł z obozu internowania. Ten Nałęczów w ogóle był dla mnie przygodą, bo była tam grupa młodych ludzi, u których stan wojenny wyzwolił niezwykłą energię, roznosili ulotki, obklejali nimi miasto, a ja zasugerowałem im, że powinni zająć się też pracą nad sobą i zorganizowałem im coś w rodzaju podziemnej szkoły. Wtedy była zresztą modna idea samokształcenia i alternatywnej edukacji. W ramach tego kursu był cykl wykładów o literaturze emigracyjnej, o filozofii czy o nauce społecznej. Oni zaangażowali się w międzyczasie w produkcję bibuły, opanowali sztukę drukarską, to byli bardzo wartościowi ludzie. Trudno nazywać to jednak pomocą. Gdybym tego nie robił, to nie wiem, jaki sens miałoby moje życie kapłańskie. Niestety moja obecność w Nałęczowie została nagle przerwana, oderwano mnie od tych spraw, dużo skarg było na mnie ze strony władz państwowych, ściśle biorąc, Służba Bezpieczeństwa naciskała na biskupa. Mówiłem zbyt śmiałe rzeczy na ambonie jak na tamte czasy. Starałem się wypowiadać do parafian w duchu non violence, mówiłem o walce bez przemocy i te kazania niektórym się nie podobały. Zostałem zabrany szybko z Nałęczowa przez mojego biskupa, który zaproponował mi wyjazd za granicę. Nie zgodziłem się jednak. Ogarnęła mnie pasja intelektualna, chciałem się rozwijać i zostać w Polsce, podjąłem studia na KUL-u, kierunek filozofia, ze specjalizacją etyka.

A jak to było dokładnie w Lublinie z tym oddziałem ZOMO, któremu ksiądz się przeciwstawił? I z tymi ludźmi, których wykupił z aresztu?

W latach 80. pełniłem funkcję kapelana w jednym z akademików KUL-u. W Lublinie na placu Litewskim stanął kiedyś pomnik Konstytucji 3 Maja, a akademik, w którym mieszkałem, był blisko tego pomnika. W rocznicę uchwalenia konstytucji ludzie palili wokół pomnika świece, ustawiali kwiaty, krzyże itd. To był chyba 1983 lub 84 rok. Pamiętam, że jedna starsza pani przyniosła pod pomnik jakiś znicz, a dwóch milicjantów naskoczyło na nią, mówiąc: „Tu nie jest cmentarz, co pani robi, tu nikt nie jest pochowany!”. A ta kobieta spojrzała im w oczy i odpowiedziała: „Nasza konstytucja jest tu pogrzebana”. Na placu Litewskim odbyła się demonstracja i studenci, którzy w niej uczestniczyli, uciekli przed ZOMO do akademika. Mieszkałem w nim na parterze obok kaplicy. Kiedy do budynku chciało wtargnąć ZOMO w pogoni za studentami, stanąłem przed milicjantami i powiedziałem, że jeśli mają nakaz, to niech wejdą, ale bez nakazu nie wejdą. Oni mogli mi dać pałką po głowie, odsunąć mnie siłą, ale nie zrobili tego. I nie weszli. Zdarzyło się też tak, że grupę mieszkańców akademika rzeczywiście aresztowano i trzeba było tych studentów wykupić. Wszyscy złożyliśmy się wtedy w akademiku, by to zrobić, a ja oddałem akurat wszystkie pieniądze, jakie miałem. Pierwszy raz byłem zresztą w takiej sytuacji, że przez dwa tygodnie nie miałem ani złotówki. Jeśli jesteśmy uważni, to życie przynosi nam takie wyzwania. Nie możemy sobie życia zaplanować, ale możemy starać się, by jakoś odnaleźć się w każdej z trudnych sytuacji.

Latem 2020 roku poręczył ksiądz za aresztowaną aktywistkę LGBT Margot. Czy to, co dzieje się dzisiaj w Polsce wokół środowiska LGBT, ale nie tylko, przypomina księdzu w jakiś sposób właśnie początek lat 80.? Nie chodzi mi tylko o aresztowania ludzi protestujących na ulicy, ale też o to, że żyjemy dziś w izolacji jak w stanie wojennym.

Tak, ale to jest tylko zewnętrznie podobna sytuacja, bo choć rzeczywiście przeżywamy dokuczliwą samoizolację, wówczas była jeszcze opresja państwa, a kiedy prześladuje nas władza polityczna, doświadczamy innego rodzaju zła niż z powodu pandemii. Dzisiaj, moim zdaniem, nie doświadczamy tak głębokiej izolacji jak w stanie wojennym, kiedy nie funkcjonowała poczta, media, telefony. To, co wydarzyło się na początku lat 80., zbiegło się z kryzysem ekonomicznym, pustymi półkami, reglamentacją towarów na kartki, kolejkami przed sklepami. Pamiętam, że jesienią ’81 roku nie zadbałem o buty i zimą ’82 przez kilka tygodni poszukiwałem butów, bo stare były zniszczone. Nie mogłem nigdzie kupić nowych. Dziś daleko jesteśmy od tego typu doświadczeń, mamy względny dobrobyt, tyle że jesteśmy odcięci od tętniącego życia, swobody podróżowania, częstych kontaktów ludzkich, miast, w których było dużo życia. To, co najbardziej nam dokucza, to głównie poważne zagrożenia dla zdrowia.

A jak ksiądz radzi sobie z konsekwencjami poręczenia za Margot? Wiemy wszyscy o hejcie, jaki spadł na księdza, i o happeningu na ulicach Lublina, gdy jedna z fundacji domagała się odwołania księdza z KUL-u.

Proszę nie robić ze mnie bohatera, że ja podpisałem poręczenie za Margot. Najbardziej rozbawił mnie mój przyjaciel z Meksyku, który tłumaczył różne teksty, ukazujące się na ten temat w polskiej prasie przy użyciu translatora z polskiego na hiszpański. Tak to wszystko przetłumaczył, że wyszło mu, że ja zapłaciłem kaucję za Margot, więc wytłumaczyłem mu, że nie jestem aż tak bogatym człowiekiem (śmiech). Daję tylko to, co mam – swoje imię. To, co się wokół tej sprawy wydarzyło, to był proces. Przez pierwszy tydzień po udzieleniu tego poręczenia nikt mnie nie atakował, ale kiedy Margot wyszła z więzienia, po jej pierwszej wypowiedzi rzeczywiście wylała się na mnie fala hejtu i zaczęto mnie atakować albo kierować do mnie pretensje, za kogo ja poręczyłem. To nie jest oczywiście ważne, kim ta osoba jest i jakiego używa języka, bo chodzi o obronę człowieka. Zacząłem się wtedy zastanawiać, czy my, jako Kościół, gdzie jest dużo homofobii, nie ponosimy za to, co przydarzyło się Margot, odpowiedzialności. Napisałem o tym tekst do „Gazety Wyborczej” i on spowodował jeszcze większy hejt, bo dałem w nim wyraz mojemu przekonaniu, że to my w Kościele jesteśmy winni tej wściekłości, jaką ona przeżywa. Kiedy w Lublinie odbywał się z kolei happening z banerem, próbowałem tłumaczyć swoje stanowisko, udzielałem wywiadów i to się zbiegło z tym, że Konferencja Episkopatu Polski przyjęła akurat wtedy dokument na temat homoseksualizmu i gender. Pytano mnie o ten dokument, a ja go skrytykowałem, co spowodowało reakcję obecnego rektora KUL-u, który skierował moją sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. Jeden z zarzutów brzmi, że opowiadam się za związkami partnerskimi, a ja powiedziałem tylko w jednym z wywiadów, że potrzebna jest dyskusja na temat związków partnerskich. Przecież nawet papież idzie znacznie dalej w tej kwestii niż ja. Sprawa jest w toku. Myślę, że nie chodzi tu tylko o przyjętą doktrynę, są tu ewidentne naciski polityczne ze strony hierarchów. Pozostaje tylko pytanie, jak my mamy budować wspólnotę Kościoła. Czy wystarczy sama lojalność wobec hierarchów? Przeczytałem ostatnio w „Tygodniku Powszechnym” świetny tekst księdza Tomáša Halíka, cytującego kardynała Martiniego z Mediolanu, który powiedział: „Ja nie tyle boję się ludzi niewierzących, co niemyślących”. A ja powiedziałbym więcej: bardzo boję się ludzi, którzy zabraniają myślenia czy sami są zbyt leniwi, by myśleć, i innym też nie pozwalają myśleć. Kiedyś, gdy zajmowałem się totalitaryzmem (pisałem wtedy habilitację na temat filozoficznych interpretacji totalitaryzmu), zwróciłem uwagę na opinię Erica Voegelina, głośnego amerykańskiego filozofa niemieckiego pochodzenia, że totalitaryzm sprowadza się w gruncie rzeczy do tego, że zabrania się stawiania pytań. I to jest najgroźniejsze dla życia społecznego. Gdy nie zadajemy pytań, niszczy to każdą wspólnotę.

Nie ma dialogu.

Tak, bo od tego, że pytamy, zaczyna się dialog. Mamy różne zdania i nie zawsze może dochodzić łatwo do zgody, ale trzeba próbować zrozumieć, dlaczego ktoś jest innego zdania, a może mogę się czegoś od niego nauczyć, ponieważ dialog zawsze poszerza nasze spojrzenie. On nie jest czymś okazjonalnym, powinien nam stale towarzyszyć.

Czy ksiądz czuje się dziś wolny jako człowiek i jako ksiądz oraz profesor akademicki, po decyzji rektora KUL-u i nagonce wokół tej sprawy?

Czuję się wewnętrznie wolny. Człowiek musi być wewnętrznie wolny i dopóki tak czuje, może coś robić. Kiedyś jeden z biskupów zwierzył mi się: „Wiesz, myślę tak samo jak ty, tylko tego nie mówię…” Spojrzałem na niego i odpowiedziałem: „To nie wiem, po co jest ksiądz biskupem”. Jeśli ktoś dochodzi w swoim…

Chcesz przeczytać cały artykuł?

Wspieraj NNO. Otrzymasz dostęp do tego i wszystkich artykułów z magazynu w wersji cyfrowej oraz wydanie papierowe.

Chcesz obejrzeć wykład bezpłatnie?

autorka bestsellerowych biografii: Haliny Krüger-Syrokomskiej „Halina” (2019), Wandy Rutkiewicz „Wanda” (2017) i Simony Kossak „Simona” (2015). Laureatka Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku im. W. Kazaneckiego za reportaż „Białowieża szeptem” (2017) i Zakopiańskiej Nagrody Literackiej w 2020 r. za książkę „Halina”. Jest też autorką książki pt. „Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych” (2010).