• Brak produktów w koszyku.
fot. Monika Szałek

Z zazdrości w góry wysokie – rozmowa z Krzysztofem Wielickim

O wspólnocie i personifikacji sukcesu z Krzysztofem Wielickim rozmawia Piotr Mazik

Nie widzieliśmy się parę lat, sporo się zmieniło. Zauważyłem, że są rzeczy, których zacząłem ci zazdrościć. Nie chodzi mi o wspaniałe osiągnięcia, bo to osobiste. Jako 34letni facet na co dzień pracujący w górach zazdroszczę ci czasów, w których ty się zawodowo wspinałeś.

Ktoś powiedział, że trzeba urodzić się we właściwym czasie. To jest pewien problem. Często sytuacje zewnętrzne decydują o tym, jaką drogę wybierasz. Można nam zazdrościć, ale to jest w tym wypadku paradoks. No bo jak nam zazdrościć tych trudnych politycznie lat 60., 70., stanu wojennego? A jednak, można. To właśnie jest dziwne. Paradoks polega na tym, że największe sukcesy odnosiliśmy, gdy było najtrudniej. Powiedział to Andrzej Paczkowski, gdy się nad tym zastanawialiśmy. Jego teoria brzmi, że Polacy lepiej się spisują, gdy mają wroga i gdy mają o co walczyć. A myśmy mieli o co walczyć. Byliśmy też zazdrośni. Lata 19501964 to czas, kiedy wszystkie szczyty ośmiotysięczne zostały zdobyte. Bez Polaków. Pokolenie przede mną w ogóle nie miało możliwości wyjazdu w  najwyższe góry. W latach 50. nawet w Tatry trudno było wyjechać. Wszyscy, którzy pokochali góry i chcieli realizować swoją pasję, byli odcięci. Zazdrość polegała na tym, że było w nas trochę osobliwie pojmowanego nacjonalizmu. Wszyscy wyjeżdżają, zdobywają, a my nic. Ta zazdrość miała podłoże narodowe, dopiero później materialne. Jednak zazdrość, jeśli prowadzi do działania, jak nasza, może być dobra. Chcieliśmy pokonać wysoko zawieszoną poprzeczkę. Podziwiam Amerykanów za: „Yes, we can”. Mówią tak, nawet gdy nie potrafią. Mają wiarę, że dadzą radę.

Zazdroszczę też tego, że odkąd cię znam, opowiadając o  himalaizmie, zawsze mówisz „my”. Czujesz i rozumiesz, czym jest wspólnota. Moje pokolenie to tylko „ja”.

Kiedy Jurek Kukuczka ukończył Koronę Himalajów, cieszyłem się, że to mój rodak. Nie zazdrościłem mu. Zimą pod Everestem w 1980 roku, kiedy zeszliśmy z Leszkiem Cichym do bazy po zdobyciu szczytu, jednemu z kolegów popłynęły łzy. Nie z zawiści, nie z zazdrości. On się cieszył, że nam, zespołowi, udało się tego dokonać. Dla nas wszystkich był to sukces zespołu. Przez wiele lat, a nawet dziś, gdyby zapytać kogoś na Zachodzie o wejście zimowe na Everest, to nie powiedzą, że Cichy i Wielicki, ale że Polacy. To właśnie jest piękne. Nigdy nie mieliśmy o to pretensji, bo wszyscy włożyli w to wysiłek. Dziś ta personifikacja sukcesu jest nie tylko w naszym sporcie, jest wszędzie.

Czy dziś takie wspólnotowe rozumienie sukcesu jest jeszcze możliwe?

To bardzo trudne do osiągnięcia. Personifikacja sukcesu jest wymuszona przez rozwój cywilizacyjny, media, postępujące sukcesy. W tym zjawisku  zły udział mają przede wszystkim media. Tam bardzo trudno jest pokazać sukces zespołowy. Oni żądają nazwiska i danych. Ile ma lat, co robi i z kim śpi, ile ma dzieci. Z „Taterników” lat 70. i wcześniejszych pamiętam takie tytuły: „Krakusi weszli…”, „Wrocławianie zdobyli szczyt…”. Dziś taki tytuł jest niemożliwy. Wtedy identyfikowaliśmy się z małą społecznością jako „my”.

Jest szansa na przełamanie tego zjawiska. Zwrócił mi na to uwagę Rainhold Messner. Długo z nami walczył, ale od lat jesteśmy przyjaciółmi. On, Tyrolczyk mieszkający we Włoszech i mówiący w dialekcie niemieckim, zapytany, gdzie jest jego ojczyzna, odpowiedział: „W mojej dolinie”. Idziemy zatem w kierunku Europy regionów, małych ojczyzn, nie narodowości. Wtedy łatwiej jest o identyfikację, a personifikacja jest…

Chcesz przeczytać cały artykuł?

Wspieraj NNO. Otrzymasz dostęp do tego i wszystkich artykułów z magazynu w wersji cyfrowej oraz wydanie papierowe.

Chcesz obejrzeć wykład bezpłatnie?