Przejdź do treści

NNO. Po stronie odpowiedzialności.

Komentujemy świat. Chcemy go zmieniać na lepszy.

Poznaj nas
Jesteśmy dziećmi jednego świata – rozmowa z Katarzyną Skopiec z Fundacji Humanosh Autor: Ajdin Kamber, shutterstock
Dialog

Jesteśmy dziećmi jednego świata – rozmowa z Katarzyną Skopiec z Fundacji Humanosh


2 listopada, 2021

„Powinniśmy ich przytulić, dać im schronienie i ich zaakceptować. Ci ludzie przyjeżdżają do nas w ogromnym stresie. Przyjeżdżają do nas jak do swoich przyjaciół Polaków” – mówi o uciekających z kraju, represjonowanych Białorusinach, którym pomaga znaleźć dom w Polsce Katarzyna Skopiec – współzałożycielka fundacji HUMANOSH im. Sławy i Izka Wołosiańskich, która m. in. pomaga uchodźcom politycznym z Białorusi, Afganistanu, Nepalu, Tybetu, Czeczenii. Jest wnuczką Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Pomaganie ma w genach.

Co to znaczy HUMANOSH?

To jest połączenie dwóch wyrazów, angielskiego „human“ i hebrajskiego „enosh“. Oznacza człowieczeństwo. Tę nazwę wymyślił mój przyjaciel Shlomo Wygodny, którego mama Lizi została uratowana przez moją babcię Sławę, Sprawiedliwą wśród Narodów Świata.

Był jeszcze jeden Sprawiedliwy w twojej rodzinie – dziadek Izydor.

Dziadek Izek był społecznikiem, który w Drohobyczu łączył środowiska ukraińskie, żydowskie i polskie, jak jego tata, który stworzył tam szkołę zawodową dla chłopców zatrudnianych później w okolicznych rafineriach. To była chyba jedyna spółdzielnia polsko-ukraińsko-żydowska. Rzadko się zdarzało…

…Żeby tak współistnieć. Z wzajemnym szacunkiem dla odmienności kulturowej, religijnej, wyznaniowej.

Tak. Oni się akceptowali. I od tego się zaczęła ta przyjaźń polsko-żydowska. Bardzo sobie później pomagali. W czasie wojny dziadek Żydom, potem oni niejednokrotnie dziadkowi i babci.

W tobie płynie tylko polska krew?

Tak. Korzenie mam wschodnie. Cała rodzina pochodzi z terenów obecnej Ukrainy, dokąd moi przodkowie przybyli m. in. z Rumunii. Dziadek jest Ślązakiem z dziada pradziada. Do 16-go roku życia nie widziałam nic specjalnego w tym, że w domu z szacunkiem mówiło się o innych. Wydawało mi się, że nie ma antysemityzmu, że wszyscy się lubią.

Czytam na stronie HUMANOSH, że misją fundacji jest przełamywać granice, wspierać, edukować, praktycznie, tak po prostu, że „nikt nie powinien iść sam“. Nie lubisz patosu najwyraźniej. Określenie „po prostu“ często przewija się w twoich wypowiedziach.

Nie lubię, fakt, bo staram się być przede wszystkim praktyczna. Ludzie nie potrzebują naszego uniesienia tylko łóżka, kołdry, wygodnej, przyjemnej, czystej poduszki i jedzenia. Dopiero, gdy zapewnimy im te podstawy, zaczynają się zastanawiać, co dalej zrobić ze swoim życiem. Takie podejście sprawdza się w kontaktach z Białorusinami. I tak samo było z Tybetańczykami, moimi pierwszymi uchodźcami, których poznaliśmy z mężem 15 lat temu przez wspaniałą Krystynę Starczewską.

Założycielkę „Bednarskiej“, pierwszej w Warszawie szkoły społecznej, powstałej ponad 30 lat temu, dziś zespołu szkół, których misją od zawsze była pomoc dzieciom uchodźców.

Która zresztą jest babcią jednej z Tybetanek.

Jak to możliwe? (śmiech)

Tak się zdarzyło. Zaczęło się od Krysi, Donaty Trapkowskiej złożycielki Fundacji Sam Dżub Ling („Miejsce samospełniających się marzeń“) i mnicha tybetańskiego Adjama, który był już w Polsce, w ośrodku dla uchodźców. Całą trójką postanowili pomagać Tybetańczykom. Dalajlama zawsze powtarza swoim rodakom, że powinni się kształcić, że ucząc się, poznając świat, łatwiej poradzą sobie z chińską okupacją. A więc Donata i Adjam ściągali tu z Tybetu, notabene głównie dziewczynki, żeby się uczyły.

Renata Kim napisała artykuł, jeszcze wtedy w „Dzienniku“, że „Bednarska“ szuka domu dla Tybetanek. One już miały się gdzie uczyć, ale nie miały, gdzie mieszkać. I zgłosiliśmy się z mężem. Poznaliśmy Adjama, Sonam, naszą przyszłą córkę, i jej dwie kuzynki. I tak się zaczęła ta historia.

Sonam miała wtedy 12 lat, była w wieku naszej córki Zuzi. Zależało nam na tym, żeby to było takie dobre i cieple, więc pojechaliśmy do Tybetu poznać rodziców naszej nowej córki. Mama dziewczyn chorowała wtedy na raka. Po roku zmarła.

Z tej podróży wróciliśmy do Polski z kilkorgiem Tybetańczykow, którzy chcieli się tu leczyć, bo chorowali na gruźlicę, albo edukować. Wśród nich była Desi. Nie mieliśmy dla niej domu. I wtedy córka Krysi Starczewskiej zadeklarowała, że da jej dom. W ten sposób Krysia Starczewska zyskała wnuczkę.

Przychylność, otwartość Polaków robi wrażenie.

To jednak były odosobnione przypadki. Uderzający był fakt, jak źle traktowaliśmy ludzi, którzy do nas przyjeżdżali a którzy byli inni. Jak bardzo, pomimo ustrojowej transformacji, nasz system był nieprzychylny tym ludziom. Nie staraliśmy się im pomóc.

Zalegalizowanie pobytu czy pracy to była dla uchodźcy, czy nawet imigranta, droga przez mękę.

Martwi mnie, że niewiele się zmieniło przez te lata. Przyjazd do tak odmiennego kulturowo miejsca jak Polska łączył się z niewyobrażalnym stresem, tak samo dla Tybetańczyka, jak i dla Białorusina. Nadal widzę, że z lękiem reagują na urzędy, na przedstawicieli wszelkich służb, zwłaszcza mundurowych. Przy kontrolerze w tramwaju usztywniają się i drżą, ponieważ uciekają z krajów, w których wszelka administracja i służby są podporządkowane opresyjnemu państwu. Ludzie są zastraszeni.

Nierzadko przyjeżdżają z zespołem stresu pourazowego, bo strzelano im nad głową, jak to było m. in. w przypadku rodzinn czeczeńskich uciekających przed laty z Groznego.

Nasza córka Kandżu na pewno to ma, boi się „mundurowych“ po dziś dzień. Była bita w szkole przez chińskich nauczycieli. Chiński żołnierz był wrogiem. Widok „mundurowego“ wiązał się z zagrożeniem: więzienia, aresztu albo domu dziecka.

Cały czas pomagaliśmy różnym grupom, bo ciągle znajdowali się kolejni ludzie w potrzebie. Pomagamy na przykład Ukraińcom, niekoniecznie uchodźcom politycznym, dla których kontakty z urzędami są trudne do przejścia, pomimo to, że od jakiegoś czasu nasz kraj chce meldować tych ludzi, chce im nadawać numery PESEL, chce ich szczepić.

Ostatnio próbowaliśmy zameldować pewnego Białorusina. Zanim pani urzędniczka zrozumiała, o co nam chodzi, co powinna zrobić, żeby go zameldować, to ten 40-letni mężczyzna tak się zestresował, że chciał stamtąd uciec. Czuł się niekomfortowo a przecież nic złego nie robiliśmy. To jest uwłaczające ludzkiej godności.

Trudno uwierzyć, żeby urzędnicy byli tak nieprzygotowani.

To akurat nie miało miejsca w Warszawie. Ale tak, urzędnicy nadal nie mają potrzebnej wiedzy.

Oni są skrępowani sytuacją, czego też już nie powinniśmy tłumaczyć. Nie jeden raz sama widziałam urzędniczkę czy ekspedientkę w sklepie, która zawstydzona tym, że nie rozumie klienta i nie potrafi pomóc, przystępuje do ataku – staje się niemiła, opryskliwa. I człowiek w potrzebie pierzcha.

Nas się nie uczy, że do petenta trzeba podchodzić z uśmiechem…

…że już nie żyjemy w komunizmie, gdy wykroczeniem była spontaniczność czy ludzkie odruchy urzędnika.

To przecież bardzo ułatwia załatwianie najbardziej skomplikowanych urzędowych spraw. Chociaż lepiej, żeby nie były takie skomplikowane.

Obecnie w fundacji, w Mirnym Domu mamy pod opieką 240 osób. Choć bardzo się staramy, nie jesteśmy w stanie z każdą z nich pójść do urzędu, szkoły czy na pocztę.

Co w związku z tym?

Oni cierpią. Dobrze by było, żeby w takich miejscach pracownicy już wiedzieli, jak obsłużyć cudzoziemców.

Z drugiej strony patrząc, Białorusini mają blokadę przed nauką języka polskiego. W Mirnym Domu bardzo ich do tego zachęcamy. Mamy tam wolontariuszy (zawsze może być ich więcej!), którzy ich uczą. Sami przy okazji doskonalą swój rosyjski.

Dla porównania. Gdy jechaliśmy z mężem do Tybetu, nie znaliśmy słowa po tybetańsku, nie mieliśmy tłumacza, ale dogadaliśmy się z Tybetańczykami, ponieważ oni chcieli się z nami porozumieć. Obie strony bardzo się starały. Są na to różne sposoby. My zabraliśmy ze sobą zdjęcie Sonam, która w naszym domu piecze ciastka dla swojej mamy. Zawieźliśmy zresztą i te ciastka. Dałam w prezencie mamie Sonam pierścionek mojej babci – bo bardzo chciałam jej coś dać – i pokazałam zdjęcie Sławy, z tym pierścionkiem na palcu… Oni chcieli i my chcieliśmy. Chińczycy na przykład nie chcą się dogadać. Myślę, że my tu w Polsce też trochę nie chcemy się dogadać.

Czy to wynika z poczucia wyższości? Chcemy czuć się lepsi przynajmniej wobec ludzi ze Wschodu, skoro mamy kompleks wobec Zachodu?

Nie wiem. Ja tego nie rozumiem. Niektórzy mówią, że my się boimy. Ktoś może mieć obawy, czy będzie umiał zająć się innymi kulturowo Afgańczykami, aczkolwiek jest to sytuacja ewangelicznie prosta – bliźniemu w potrzebie trzeba pomagać. Ale nie dogadać się z sąsiadami?

Pewnie nie ma jednej odpowiedzi. Ale może wynika to z tego, że dziesiątki lat niewiele mieliśmy do czynienia z ludżmi odmiennymi etnicznie, narodowościowo czy wyznaniowo. Dekretem z 1944 roku staliśmy się krajem Polaków („Polska dla Polaków“) Ale to było już dawno. Europa jest multi-kulti.

Nie przerobiliśmy naszych relacji z Ukrainą, z Rosją, nie rozumiemy, dlaczego Białorusini w wielu przypadkach nie mówią po białorusku. Ja to muszę w kółko tłumaczyć. Ludzie się dziwią, burzą: „Oni się dali zsowietyzować, a my dzielni Polacy się nie daliśmy“. „Tak, tylko że to nie były analogiczne sytuacje“. Opowiadam im o przesiedleniach, wywózkach, polityce Chruszczowa, o tym, jak bardzo mieszkańcy Ukrainy, Białorusi zostali dotknięci polityką wysiedleń, podobnie jak Polacy, więc czasem się udaje.

Ale oczywiście wielu Polaków chce pomagać. I to jest piękne. HUMANOSH dysponuje dziecięcioma mieszkaniami, dzięki temu, że zgłosili się do nas ludzie z propozycją udostępnienia swojego mieszkania uchodźcom tylko za opłaty. Czasem są to ludzie, którym kiedyś też ktoś pomógł, w latach 80-tych, 90-tych.

Wróćmy jeszcze do twoich tybetańskich córek. Jak wyglądało ich życie, zanim przyjechały do Polski?

Pochodzą z rodziny nomadów. Urodziły się i mieszkały w namiocie. Sonam od ósmego roku życia pracowała na budowie. Była niebywale silna, pomagała przy budowie domów dla sąsiadów. Dlatego nie poszła do szkoły, chociaż bardzo chciała się uczyć. Liczyła na to, że rodzice wyślą ją do szkoły w Indiach. Do Polski przyjechała jako analfabetka.

Nie wiedziała, że jedzie do Polski, wiedziała tylko, że jedzie do wujka. Nie, nie bała się. Marzyła o tym, żeby się uczyć. Odkąd pamiętam, mówiła, że zostanie lekarką. Zresztą w tym roku została lekarzem. Niesamowity sukces. Jestem pełna podziwu dla jej samozaparcia.

A Kasia Kandżu?

Jej było łatwiej. Jej nie zabrano dzieciństwa. Wiedziała, że jedzie do siostry. Poza tym chodziła do szkoły w Tybecie. Oczywiście nie była to dobra szkoła. Jak często opowiada, nauczyciele ją tam bili.

Za co?!

Nauczyciele chińscy stosują różne kary cielesne, takie jak przykładanie rączki dziecka do lodu na zamarzniętym jeziorze… Tak naprawdę tybetańskie dzieci uprawiają ogródek chińskiemu nauczycielowi zamiast się uczyć. Kandżu przyjechała do Polski w wieku 9 lat. W przeciwieństwie do Sonam, gdy zamieszkała z nami, w ogóle nie mówiła po polsku, właściwie dobrze nie znała żadnego języka. Mówiła trochę po tybetańsku – Dalajlamy nie rozumiała, bo to już inny dialekt – i trochę po chińsku. Tak więc było to dla niej i dla nas spore wyzwanie. Teraz obie mówią biegle po polsku. Kandżu studiuje stomatologię na Ukrainie.

Dlaczego nie w Polsce?

Kandżu chciała przejść edukację tak jak Sonam, a Sonam nie mogła tu studiować z powodu słabego wyniku matury. Nie zdążyła wystarczająco dobrze opanować języka a miała już obywatelstwo polskie i nie mogła już być traktowana jak student obcokrajowiec.

Nawet Chief of Making Impossible Possible nic nie wskórał?

W żaden sposób nie dało sie tego przejść. Pisaliśmy wszędzie, żeby w tej sytuacji potraktowano ją jeszcze jako studenta zza zagranicy. Nawet jeden z członków rządu tybetańskiego na uchodźtwie wysyłał pisma do Polski w tej sprawie. Nic to nie dało. Jest zasada i koniec.

No to trochę was przeczołgano w tych pierwszych latach po adopcji.

Dzięki tym doświadczeniom wiem, jak sprawić, aby niemożliwe stało się możliwe. Wiem, jak pomóc uchodźcom lub obcokrajowcom w przekroczeniu barier, które uniemożliwiają im podstawowe funkcjonowanie w naszym kraju.

Wiem dokładnie, jak postępować w przypadku dzieci, gdy załatwienie najprostszej sprawy często jest jeszcze trudniejsze ze względu na ich nieuregulowany do końca status prawny. Przez te wszystkie lata nauczyłam się, jak zagwarantować edukację w polskiej szkole dziecku, które nie mówi po polsku, jak kupić kartę miejską i umożliwić swobodne przemieszczanie się dziecku, które nie posiada nazwiska, jak rozmawiać z ludźmi nastawionymi negatywnie do tego typu „adopcji”, jak rozmawiać z ludźmi, żeby przełamać bariery i uprzedzenia rasowe, kulturowe, czy religijne.

Jak z takimi ludźmi rozmawiać? Mówisz im, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego świata, jak napisałaś na stronie fundacji?

Trzeba pokazywać, dawać przykład. Tylko swoim przykładem możemy coś zmienić wsród nieprzekonanych. Muszą zobaczyć, poznać ich. Moja przyjaciółka Basia, początkowo trochę sceptycznie nastawiona, zaczęła uczyć polskiego dwie siostry z Białorusi i tak się wciągnęła, że się z nimi polubiła i nawet im zaoferowała własną kawalerkę. Chociaż akurat z nią było łatwiej, bo ona zawsze pomaga.

Nie mieliście z adoptowanymi córkami z końca świata żadnych problemów wychowawczych?

Cała nasza czwórka szybko się zorientowała, że ze mną nie wygra. Jestem dosyć zasadnicza, co oznacza, że byłam wrogiem numer jeden. Musieli ze sobą współpracować. Nawet, jeśli były jakieś tarcia między nimi, to tego nie okazywali. Polecam duże rodziny.

Jedni pomagają, ponieważ sami doświadczyli biedy, ucisku, bezsilności, prześladowań. Drudzy – ponieważ mają dobre, dostatnie życie i chcieliby się dzielić z innymi. A ty dlaczego pomagasz?

Pochodzę z zamożnej rodziny. Dobrze nam się żyło nawet w trudnych czasach. Jednak byłam bardzo samotna. Rodzice pracowali albo oddawali się swoim pasjom. To była taka nowoczesna rodzina i nigdy nikogo nie było w domu. Więc odkąd pamiętam, chciałam mieć dużą rodzinę. „Mam też fazę“ na karmienie. Każdego bym nakarmiła. Ale przede wszystkim uważam, że trzeba się dzielić, tym co mamy.

Jeśli miało się szczęście urodzić w zamożnej rodzinie.

Niezależnie od tego. Przecież możesz się podzielić chlebem, książką, swoim czasem.

Co z tego bierzesz dla siebie? Bo nie powiesz, że pomaganie wiąże się z poświęceniem na granicy niedbania o siebie, zapominania o sobie?

Czerpię z tego czystą radość. Największy fan miałam, gdy zadzwonił kolega i powiedział, że ma kupę jedzenia po imprezie, że możemy przyjechać i zabrać je do Mirnego Domu. Jechałam samochodem po to jedzenie i myślałam: Teraz to ja jestem szczęśliwa.

Ja się nie zaniedbuję. Staram się rozwijać, pracuję. Czuję wielką radość, gdy moje córki, w żaden sposób nie namawiane przeze mnie, włączają się w pracę w HUMANOSH. Niedawno Zuzia na FB zaznaczyła, że pracuje w Fundacji. Byłam wzruszona.

Nasze życie jest kolorowe i międzynarodowe. Mamy dużo możliwości podróżowania. Wielokrotnie byliśmy w Tybecie a także w Izraelu, ze względu na zasługi babci Sławy. „Moja babcia jest Sprawiedliwą wśrod Narodów Świata, ratowała Żydów….“ – opowiadała Sonam w szkole. W „Bednarskiej“ jest realizowany rozwinięty program Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN o Zagładzie, więc ona ciągle opowiadała o tej swojej babci. I wtedy następowała konsternacja, bo ludziom brakowało wyobraźni, by uznać to za możliwe. (śmiech)

Moje, powiedzmy, kuzynki z Izraela, których matka, ciotka, babcia i dziedek byli uratowani przez Sławę i Izydora, też przysparzały ludziom zdziwienia. Opowiadały, jak poszły do tamtejszego MSW po zezwolenie na przyjazd Kandżu do Izraela, która wtedy nie miała jeszcze paszportu, no i urzędnik spytał: „Ale to jest Państwa rodzina? W jaki sposób?“ „No bo jej babcia uratowała moją rodzinę podczas II wojny światowej“.  „ Jako to możliwe, skoro ona jest z Tybetu?!“. Dla nas to jest normalne, bo czujemy się rodziną.

Jest jeszcze rodzina w Tybecie. Sonam i Kandżu utrzymują relacje z tatą?

Tak. Wszyscy wiedzą, że dziewczyny mają więcej ojców niż jednego. (śmiech) Ich biologiczny ojciec po śmierci swojej żony powiedział, że mama jest jedna – w Polsce. Dla wszystkich dzieci, nawet dla trójki chłopców w Tybecie.

Lozon jest dla mnie bohaterem. To, jaką ten człowiek ma otwartą głowę naprawdę robi wrażenie. Przecież on w tej swojej azjatyckości był w stanie pogodzić się z tym, że tu w Polsce jest drugi ojciec jego dzieci, i cały czas utrzymuje kontakt telefoniczny z córkami!

W Polsce był tylko raz. Musiał zeznawać w sądzie wtedy, gdy Sonam była adoptowana. Później Chińczycy zablokowali wydawanie wiz Tybetańczykom. Czasem myślę, że gdyby wszyscy byli tak elastyczni jak ten Lozon z Tybetu i jego brat Ajam, to nie balibyśmy tak jak teraz. Gdy byłam ostatnio na Podlasiu, usłyszłam: „Uważaj pani, bo z tej kukurydzy wyjdą zaraz Afgany“.

Na szczęście w ostatnim czasie język publiczny trochę się zmienia, politycy wreszcie zaczęli się pilnować, więc ludzie też zaczynają uważać na słowa. Ale czy nie frustruje cię fakt, że ile byś nie zrobiła, to i tak będzie za mało? Jest tak dużo ludzkiej nędzy i cierpienia.

A jak nie będziemy nic robić? Liczy się każdy gest, każdy człowiek. A „jeśli człowiek ratuje jedno życie, to jest tak, jak gdyby uratował cały świat” (Talmud Babiloński, Sanhedrin, 37a). Jak pomagamy jednej osobie, to tak się dzieje.

Czy nadal mylą się Polakom pojęcia: uchodźca, emigrant, imigrant? Przedstawiciele obecnej władzy potrafią powiedzieć, że przyjęliśmy milion uchodźców z Ukrainy, podczas, gdy to są imigranci, którzy u nas pracują i co jakiś czas wracają do swojego kraju, odświeżyć wizę, a uchodźców z Ukrainy, którzy ucierpieli w związku z działaniami wojennymi w Donbasie, przyjęliśmy może mniej niż kilkudziesięciu, a nie milion.

To jest na tyle żenujące, że ciężko to skomentować. Trzeba tłumaczyć objaśniać, pisać, kręcić filmy, uczyć. Nie wiemy, jak działa system i kto o czym decyduje.

Jak zareagowała Zuzia, gdy postanowiliście z mężem przyjąć Sonam do rodziny?

Zapytaliśmy ją, jak się na to zapatruje. To było 2 lata po śmierci Sławy, z którą Zuzia była bardzo blisko. I ona, jakby na przekór światu – jeden z moich przyjaciół wtedy powiedział, że może przesadzamy, że to, co robimy jest „takie za bardzo“ – oznajmiła nam, że skoro babcia pomogła tylu ludziom, to ona może zamieszkać z jedną dziewczynką z Tybetu. Wtedy też zadzwoniły do mnie „kuzynki“ z Izraela, żeby mi złożyć życzenia z okazji pojawienia się nowego dziecka w domu, dokładnie takie, jak się składa z okazji narodzin dziecka. Tam tego uczą, że jeżeli adoptujesz dziecko, to ono się w rodzinie rodzi.

Kandżu przez jakiś czas miała „XXX“ zamiast nazwiska. Urząd do Spraw Cudzoziemców wydał jej dokument z wpisem „Kandżu Brak“. Wydali taki dokument, bo ktoś wcześniej omyłkowo w rubryce „nazwisko“ wpisał „brak“. To był pierwszy dokument, jaki dostała Kandżu. Takich historii było mnóstwo. Dlatego łatwiej mi teraz rozwiązywać urzędowe problemy Białorusinów.

Przede wszystkim się nie denerwuję. Wiem, że z najgorszej sytuacji jest jakieś wyjście.

Skąd masz na to czas?

Jestem osobą korporacyjną. Korporacja nauczyła mnie pracy przez cały czas. Ja po prostu lubię pracować. Teraz dzielę czas między naszą firmę, którą prowadzimy z mężem, fundację i dom.

Mąż działa w fundacji falami. Wchodzi do akcji, gdy widzi, że z czymś sobie nie radzę. Lepiej mówi po rosyjsku i lepiej dogaduje się z mężczyznami. Za naszą wschodnią granicą jednak nadal panuje patriarchat. Gdy kobieta coś tłumaczy Białorusinowi, to nie zawsze z powodzeniem. Poza tym nasza firma wspiera finansowo HUMANOSH. Taki mamy pomysł na życie.

W fundacji działa też twoja mama. Jest jej współzałożycielką.

Tak, moja mama Ania jest w fundacji bardzo ważną osobą. Ona jest tą historią, która stworzyła HUMANOSH, bo ta fundacja jest głównie o walce z rasizmem, o akceptacji odmienności i różnorodności. Mama, mimo, że nie jest Żydówką, jest dzieckiem Holokaustu. W jej wózku wożono jedzenie dla przechowywanych przez Sławę i Izydora Żydow. Rodzice ryzykowali życiem swojego dziecka. Bardzo nam pomaga. Gdy w 2020 roku ludzie zza wschodniej granicy dużą falą uciekali przed represjami Łukaszenki, także do nas trafiało ich więcej i już nie wiedziałam, gdzie mam ich kłaść, to także do jej domu trafiło kilkoro Białorusinów. Nie dość, że exodus to jeszcze koronavirus i kwarantanna. To naprawdę było mocne doświadczenie.

Ideą Mirnego Domu jest tymczasowe schronienie dla uciekających ze swojego kraju Białorusinów. Jaką pomoc od was dostają?

Mieszkańcy Mirnego Domu mogą przebywać w nim do trzech miesięcy. W tym czasie fundacja pomaga im znaleźć mieszkanie, załatwić formalności związane z pobytem, załatwić szkołę i przedszkole dla dzieci, znaleźć pracę, pomóc w nauce języka polskiego

Dzięki fundacji i twojej rodzinie dziesiątki ponad 250 Białorusinów znalazło w Polsce swój nowy dom. Twój prywatny warszawski dom jest znany wielu wolontariuszom i emigrantom, bo w nim także znajdują schronienie. Jacy to są ludzie?

Tacy jak my –  różni, artyści, np. malarz-tatuażysta, psycholog, fotograf, związkowcy strajkujący w zakładach traktorowych w Mińsku czy w kopalniach, anarchiści… wszyscy. Pomału tworzymy rodzinę, poznajemy ich ze sobą. Mamy sporo wielodzietnych rodzin, matek samotnie wychowujących dzieci. Dwójkę dzieci niepełnosprawnych z ciężkim autyzmem.

Mamy pod opieką rodzinę z dwójką dzieci. Próbowali się do nas przedostać przez Ukrainę. Kobieta była w zaawansowanej ciąży. Bardzo długo trwało, zanim trafiła do nas, służba graniczna nie chciała im dać wizy humanitarnej. Moje dziewczyny z fundacji i polsko-białoruska aktywistka Jana Shostak z grupy “Partyzantka“ „przepychały“ ją przez tę granicę. I przyjechali do Mirnego Domu, stąd ta kobieta poszła rodzić i urodzila się mała Wiera. Dopiero teraz znaleźliśmy im dom do remontu. Na Ukrainie zmieniły się przepisy, teraz oni też mogą aresztować Białorusinów, którzy nielegalnie przekraczają granicę. Ja to rozumiem. Skończyłoby się masowymi przejściami.

I niekoniecznie uchodźców politycznych.

Jeden z urzędników ośrodka dla uchodźców zapytał mnie kiedyś, zresztą nie tylko on: „Skąd pani wie, kto faktycznie jest uchodźcą politycznym, a kto nie jest?“.

A wiesz?

Wiem. I Białorusinki, z którymi współpracuję wiedzą. One to sprawdzają.

Niektórzy pewnie przyjeżdżają z jakimiś dokumentami, choćby zaświadczeniami lekarskimi o pobiciu….

Nie wszyscy mają papiery. Ale to jest mały kraj. Ludzie się znają. Jeżeli przyjeżdża ktoś z Brześcia, to my możemy się dowiedzieć, kto tam protestował. Poza tym to też czuć. Wiesz to i już.

A gdybyś wyczuła, że ktoś nie był represjonowany?

To też dałabym mu jeść. Ale dostałby inną pomoc, nie zapłacilibyśmy za niego pierwszego czynszu, tak jak to zwykle robimy, tylko spróbowałabym mu znaleźć pracę. Przecież Polacy też byli uchodźcami ekonomicznymi i też dostawali pomoc. Inaczej pomagamy. Dzieciom pomagamy bez wyjątków. Mamy pod opieką także polską rodzinę. Teraz pomagamy „politycznym“ z Białorusi, bo taka jest sytuacja.

Kim są partyzantki?

Ja współpracuję z grupą Partyzantek polsko-białoruskiej aktywistki Jany Shostak. Dużo razem robimy. To są niezależnie działające na rzecz uchodźców dziewczyny. Niektóre z nich z różnych względów chcą pozostać anonimowe. Zajmują się sprawami ekstremalnie trudnymi pod względem prawnym.

Istnieją państwowe ośrodki dla uchodźców.

Za mało. Poza tym położone są w takich miejscach, gdzie jeśli dziecko pójdzie do przedszkola, to matka już nie pójdzie do pracy, bo jej w pobliżu nie znajdzie. Żeby taka osoba stanęła na nogi, trzeba jej pomóc znaleźć pracę i mieszkanie, wytłumaczyć polskie realia, podsunąć pomysł, trzeba ją przewieźć etc.

Zatem ośrodki tylko przechowują tych ludzi i chyba są to miejsca dosyć ponure.

Dosyć. I bardzo różni ludzie są tych ośrodkach, mówiąc delikatnie.

Mam swoje przemyślenia na temat uchodźctwa politycznego na przykładzie Tybetańczyków. Wielu z nich wyjeżdża do Francji, Belgii i kończy tam w charakterze najemnych pracowników chińskich firm, o ironio! Naprawdę ciężko pracują. Dziewczyny, które zostały w Polsce, w większości zdobyły wyższe wykształcenie. Dzięki prywatnym osobom w Polsce.

Nasze córki były w płatnych szkołach. Jeszcze nie pomagają swoim rodzinom, ale na pewno zaczną. Ale one chcą mądrze pomagać, czyli dając wędkę.

Kochasz je?

Bardzo. Jestem osobą wierzącą i uważam, że „ten kawałek“ jest akurat od Boga dany. I co ważne, moje dzieci kochają się między sobą.

Gdyby ktoś chciał pomóc uchodźcom politycznym z Białorusi i skontaktowaliby się z HUMANOSH, to rozumiem, że wskazalibyście osobę potrzebującą pomocy?

Tak. Można pomóc w nauce polskiego, zabrać na grzyby, na wycieczkę rowerową, można przynieść jedzenie, można odstąpić mieszkanie.

Nigdy się nie sparzyłaś na tej pomocy?

Sparzyłam się, ale ja o tym nie myślę. Wstaję rano i zaczynam od początku. Ludzie mi to czasem wytykają. Ale przecież w każdej pracy mogę się spotkać z oszustem. Wychodzę z założenia, że to już jest problem oszusta, nie mój. To nie ja źle zrobiłam.

Jak oceniasz to, co nasz kraj robi w kwestii uchodźców? Czy jest progres?

W innych krajach nie wygląda to dużo lepiej wbrew pozorom. Ale nie chciałabym porównywać naszej sytuacji do bezwzględności państwa wobec uchodźców w Australii.

Najtrudniejsze jest to, że nie ma jednej ścieżki urzędowej/administracyjnej. Człowiek, który przyjeżdża do Polski, najpierw trafia do Straży Granicznej, potem do Urzędu do Spraw Uchodźców przy wojewodzie, meldunek to Urząd Dzielnicy, szkoła to Urząd Miejski, potem dyrektor szkoły etc. Zbyt dużo na jednego wyalienowanego człowieka. To wszystko jest za bardzo zatomizowane.

Warto powiedzieć, że nasze „ngo-sy“, mimo niesprzyjającej władzy, bardzo aktywnie i skutecznie działają. I zmienia się język, tak jak mówisz. Tylko żebyśmy nie zapeszyły.

Czy jest coś, o czym marzysz?

O czystej poduszcze dla każdego po prostu.

Rozmawiała: Anna Maruszeczko

Tekst powstał na podstawie rozmowy do autorskiego podcastu pn. #Wojowniczki&Wojownicy emitowanego m.in. na Spotify

Katarzyna Skopiec

Katarzyna Skopiec – współzałożycielka fundacji HUMANOSH im. Sławy i Izka Wołosiańskich, która m. in. pomaga uchodźcom politycznym z Białorusi, Afganistanu, Nepalu, Tybetu, Czeczenii. Kulturoznawca, ekspert z dziedziny PR i marketingu, manager kultury, fundraiser. Pełniła funkcję dyrektora marketingu w firmach sektora finansowego, takich jak: PZU, Compensa, Heros, pracowała: w Deutsche Banku, w McDonald’s, była kierownikiem marketingu i doradcą w Muzeum Łazienki Królewskie i in. Obecnie wraz mężem prowadzi vegesklep.pl Jest mamą czwórki dzieci, w tym dwóch adoptowanych Tybetanek. Stworzyła „Mirnyj Dom“ (Dom Pokoju) – tymczasowe schronienie dla uciekających ze swojego kraju, represjonowanych Białorusinów.

Udostępnij:

Dołącz do naszej społeczności

Zarejestruj się bezpłatnie, otrzymasz dostęp do wykładów, najnowszych artykułów, wywiadów i podcastów.

Dowiedz się więcej