Przejdź do treści

NNO. Po stronie odpowiedzialności.

Komentujemy świat. Chcemy go zmieniać na lepszy.

Poznaj nas
Dbajmy o cyfrowe prawa człowieka, to prawda nie zatonie. O buncie wobec internetowej ściemy z Magdaleną Bigaj rozmawia Krystyna Romanowska Dbajmy o cyfrowe prawa człowieka, to prawda nie zatonie. O buncie wobec internetowej ściemy z Magdaleną Bigaj rozmawia Krystyna Romanowska
Magazyn

Dbajmy o cyfrowe prawa człowieka, to prawda nie zatonie. O buncie wobec internetowej ściemy z Magdaleną Bigaj rozmawia Krystyna Romanowska


25 maja, 2026

Internet obiecywał wolność i dostęp do prawdy, a zamienił się w syntetyczną rzeczywistość, w której jesteśmy karmieni treściami bez wartości. Przejedzeni informacjami tracimy zdolność do refleksji i odróżniania faktów od fałszu. Być może właśnie dlatego nadchodzi moment zbiorowego odruchu wymiotnego – pierwszego kroku do odzyskania trzeźwego spojrzenia. Czy dostęp do smartfonów oddala, czy może przybliża nas – a zwłaszcza młodych ludzi – do prawdy o świecie?

Jeśli z pytania usuniemy słowo „młodzież”, odpowiem tak: dostęp do informacji, jaki zapewniają nam dziś smartfony i internet, oddala nas od prawdy.

A nie tak miało być.

Zdecydowanie miało być inaczej. Dwadzieścia lat temu, gdy sieć się rozwijała, była ona stosunkowo „niewinna” – nikt nie myślał jeszcze o wielkich globalnych korporacjach zawłaszczających przestrzeń informacyjną. Wtedy blogi i fora były czymś w rodzaju nowych periodyków – poważniejszych niż prywatne pamiętniki, bo ludzie wymieniali się tam wiedzą i opiniami.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Pamiętam, że wtedy – jako początkująca blogerka – wierzyłam naiwnie, że internet zostanie wykorzystany do wspólnej wymiany wiedzy. Dziś media społecznościowe – zamiast być kolejnym etapem wolności wypowiedzi i zmiany świata na lepsze, stały się kreatorem baniek informacyjnych i dezinformacji.

Wydarzyło się coś jeszcze bardziej znaczącego: 30 września tego roku skończył się stary internet w takiej formie, w jakiej go znaliśmy. Wszedł na wyższy poziom dezinformacji. Tego dnia Sam Altman i firma OpenAI udostępnili każdemu chętnemu aplikację Sora. Ta aplikacja pozwala tworzyć materiały wideo, które doskonale udają rzeczywistość. Ruszyła masowa produkcja. Internet dosłownie zalały te obrazy.

Jeden przykuł moją uwagę: nagranie jak z kamery, która obserwuje typową amerykańską werandę. Bawi się na niej kilkuletnie dziecko. W pewnym momencie podchodzi do niego groźny niedźwiedź. Wbrew naturalnym instynktom zwierzę je smakołyki z ręki dziecka. Drzwi się w końcu otwierają, przerażona matka chwyta dziecko na ręce i ucieka do wnętrza domu. Film wygląda jak nagranie z monitoringu i sprawia wrażenie prawdziwego, przez co widz nie ma czasu zastanowić się nad jego fałszywością. Takie syntetyczne obrazy zostają w głowie i zniekształcają nasze rozumienie rzeczywistości.

Lub scena z psem, który broni swoim ciałem dziecko, na które spada ekran telewizora. Wszystko to sprawia, że za chwilę zaczniemy żyć w świecie baśni o Królewnie Śnieżce.

Dlatego każda informacja w sieci wymaga od nas dzisiaj dziennikarskiego sceptycyzmu. Jeśli widzimy coś sensacyjnego, nie klikajmy od razu „udostępnij”. Zamiast tego zatrzymajmy się i zapytajmy:

  • Skąd to się wzięło?
  • Czy to nie pojawiło się gdzieś indziej?
  • Jeśli o czymś głośnym pisze tylko jedna strona, a nikt nie potwierdza – to znak, by mieć wątpliwości.

Jeśli widzimy zdjęcie z opisem, włóżmy je do Google z odwrotnym wyszukiwaniem obrazu. Krótko mówiąc, podchodźmy jak detektywi: potwierdzajmy i weryfikujmy, zanim założymy, że „tak było naprawdę”.

Zadbanie o to, aby docierała do nas prawda, a nie rzeczywistość syntetyczna, oznacza więc odrobinę obowiązkowej dyscypliny: odłóżmy smartfona na chwilę, zastanówmy się, skąd naprawdę pochodzi informacja, którą oglądamy, czyjej intencji służy i czy została zweryfikowana. Wróćmy do źródeł, które mają strukturę odpowiedzialności – do redakcji, do autorów, których możemy sprawdzić, do treści, które nie powstały po to, żeby tylko przyciągnąć naszą uwagę. Bo inaczej pogrążymy się w strumieniu syntetycznych obrazów, które wyglądają jak prawda, ale prawdą nie są.

Jakie konsekwencje dla naszej percepcji świata niosą – jak to pani nazwała – „rzeczywistość syntetyczna” i „syntetyczne obrazy”?

Dawniej było oczywiste, że film czy teatr to fikcja, a wiadomości mają przedstawiać fakty. Dziś każda rolka, każde zdjęcie i każdy „filmik z monitoringu” w social mediach może być wytworem generatywnej AI. Zniknęły etykiety typu „to jest inscenizacja” – nawet nagłówek może być syntetyczną kreacją. Internet przestał być lustrem rzeczywistości. Stał się machiną reklamy: nie pokazuje tego, co prawdziwe, tylko to, co najskuteczniej przykuje naszą uwagę.

A my zaczynamy zachowywać się jak stado poddane eksperymentowi. Patrzymy, jak reaguje tłum – i na tej podstawie ustalamy, co „wypada”. Jeśli widzimy, że obelgi, agresja czy cynizm stają się normą, to po chwili przyjmujemy te normy za własne. I tu tkwi sedno: internet nie jest obiecaną demokratyczną agorą.

Dlatego uważam, że stał się formą współczesnego kolonializmu. Wielkie platformy najpierw rozdają „prezenty”: darmowe aplikacje, darmowe konta, darmową rozrywkę. A później odkrywamy, że nic nie było za darmo – bo nie jesteśmy odbiorcami, lecz surowcem. Płacimy własną uwagą, czasem, podatnością na manipulację i potrzebą bycia zauważonym. A wyjście z tego ekosystemu staje się coraz trudniejsze.

Gdy platforma daje nam „zasięg za darmo”, robi to po to, żeby nas śledzić, profilować i zarabiać na reklamach. Zresztą wystarczy przypomnieć, jak Facebook i Google najpierw zabiegały o współpracę z prasą i telewizjami, obiecując ogromne zasięgi – a potem odcięły te media, gdy uznały, że nie są już potrzebne.

Tak właśnie działa cyfrowa kolonizacja: na początku jesteśmy gośćmi, podmiotami, a chwilę później już tylko zasobem. Musimy więc mieć świadomość, że nic w sieci nie jest neutralne ani pozbawione konsekwencji. Jeśli nie zaczniemy samodzielnie weryfikować treści i budować równowagi między światem cyfrowym a realnym, prawda może się po prostu zgubić w tym syntetycznym hałasie.

Informacja jest towarem, uwaga – walutą, a big techy nie oszczędzają nikogo. Czy jest szansa na jakiś społeczny ruch, który wypowie im wojnę i zawalczy o prawdę?

Ja mogę powiedzieć, co ja robię. Kiedy mówię, że big techy nie oszczędzą nikogo, to nie jest metafora. Te firmy działają wyłącznie w logice własnego zysku – i nie ma tam ani milimetra miejsca na troskę o nasze prawa, wolność czy dobro wspólne. Dlatego przestałam udawać, że można z nimi prowadzić uczciwy dialog.

Najlepszym przykładem są ostatnie Igrzyska Wolności w Łodzi. Wydarzenie, które w nazwie ma „wolność”, bierze sobie na sponsora Google – korporację odpowiedzialną za zapaść lokalnej prasy i jeden z filarów kryzysu informacyjnego. Gdy jako instytut to zauważyliśmy, wycofaliśmy się z udziału. Odmówiliśmy na kilka dni przed imprezą, bo nie będziemy wchodzić na scenę obok firmy, która działa wprost przeciwko wolności i transparentności. To nie jest debata – to jest realny goodwashing, pudrowanie cynizmu hasłami o odpowiedzialności.

Kiedy mówię o goodwashingu, mam na myśli bardzo konkretny mechanizm. Big techy doskonale wiedzą, że mają fatalną reputację:

  • Niszczą media i lokalną prasę.
  • Uzależniają użytkowników od swoich platform.
  • Masowo zbierają dane osobowe.
  • Manipulują uwagą dzieci i wystawiają je na szkodliwe treści (np. pornografię).

Zamiast zmieniać praktyki, robią coś znacznie tańszego: kupują sobie reputację. Sponsorują festiwale, konferencje i debaty o demokracji. Korporacja, która odpowiada za ogromną część kryzysu informacyjnego, nagle pojawia się na scenie z logo „wolność” i udaje partnera odpowiedzialnej rozmowy.

Google dostaje np. swój własny panel dyskusyjny, który – rzecz jasna – dotyczy… ochrony dzieci w sieci. Nikt tam nawet nie odważy się zadać pytania: „Dlaczego nie wprowadzacie skutecznej weryfikacji wieku na YouTube?”. To tabu.

Te firmy mogą udawać sojuszników, ale nigdy nie zgodzą się na realne ograniczenia. Ludzie dają się na to nabierać, bo ładnie to wygląda na zdjęciach: panel, okrągły stolik, hasztagi o demokracji. Goodwashing sprawia, że zamiast rozliczać big techy z tego, co naprawdę robią, zaczynamy ich zapraszać jako ekspertów od problemów, które sami stworzyli.

A oni wycierają sobie ręce naszym zaufaniem. I to jest kompletne odwrócenie logiki odpowiedzialności: zamiast karać monopolistę, sadzamy go w pierwszym rzędzie na wydarzeniu o wolności. Dlatego nie zamierzam już uczestniczyć w tej grze pozorów. W takich rozmowach nie biorę już udziału.

Co zrobić, żeby mieć dostęp do prawdy, do faktów? Zdarza się bowiem już dosyć często, że nawet portale factcheckingowe wcale nam tej prawdy nie dostarczają, jeżeli jest ona niezgodna z wizją świata „sprawdzacza faktów”.

Jeżeli chcemy mieć dostęp do prawdy, musimy zrozumieć coś podstawowego: prawda kosztuje. Rzetelna informacja wymaga pracy, czasu i odpowiedzialności, dlatego nie ma jej w miejscach, które działają w logice natychmiastowości i darmowości.

Za darmo dostajemy głównie treści emocjonalne, uproszczone albo podporządkowane temu, co się lepiej klika. Dlatego trzeba świadomie wybierać źródła, które mają proces weryfikacji, redakcję, autora z imienia i nazwiska. A często także – po prostu je subskrybować. Jeżeli chcemy, żeby istniały miejsca podające fakty, musimy za nie płacić, bo tylko wtedy mogą utrzymać standardy. W transkrypcji mówię o tym wyraźnie: rzetelne media są dziś nieliczne i funkcjonują dzięki wsparciu odbiorców.

Druga ważna rzecz: nie opierać się na jednym narzędziu czy jednym serwisie. Tak jak pani wspomniała, nawet fact checking może być obarczony interpretacją tych, którzy go robią. Dlatego warto porównywać kilka wiarygodnych źródeł i sprawdzać, czy mówią o tym samym. Trzecia rzecz: rozumieć kontekst powstawania informacji.

Kto ją tworzy, z jakich danych korzysta, jaki ma interes? To podstawowa kompetencja cyfrowa. Podsumowując: prawda nie pojawi się sama, trzeba o nią zadbać – wyborem, uwagą i często także pieniędzmi. To nie jest wygodne, ale to jedyna droga, żeby mieć dostęp do faktów.

Fot. Pat Mic

Obserwuję u młodego pokolenia bardzo ciekawe zjawisko, które każe mi sądzić, że nie wszystko stracone: licealiści bezbłędnie odróżniają AI od prawdy i bardzo z tego szydzą.

To jest niezwykle ciekawe. Podam przykład znajomej nastolatki, która ogląda różne przepisy kulinarne w sieci. Któregoś dnia powiedziała mi: „To już nie ma sensu. Większość tych rzeczy jest nieprawdziwa” – zobaczyła rolkę algorytmicznie wygenerowaną, kompletnie oderwaną od realności. „Ja tego nie zrobię, bo to jest przecież zrobione przez AI” – dodała.

Dla mnie to jasny sygnał, że młodzi zaczęli widzieć fałsz, mimo że – najczęściej – nikt im tego nie tłumaczył. Że ich własne doświadczenie mówi im: „to nie działa”, „to jest sztuczne”, „ktoś mnie próbuje nabrać”. Mam z tego pewną satysfakcję – bo już teraz widać, że big techy po prostu „przegrzały”. Zalały internet syntetyczną treścią do tego stopnia, że młodzi zaczynają mieć odruch wymiotny.

Na co to jest dowód? Że przemysł technologiczny nie docenia młodego pokolenia. A okazuje się, że w jakiejś części nie jest on bezrefleksyjną maszynką do scrollowania. Potrafi zauważyć, że rzeczywistość, którą widzi w telefonie, zaczyna być kompletnie nieprawdziwa. I to może być pierwszy, bardzo ważny krok – nie tyle w stronę „mądrości cyfrowej”, ile zwykłego, „ludzkiego buntu wobec ściemy”.

Jakie regulacje prawne są potrzebne, zanim w ogóle zdarzy się bunt wobec internetowej ściemy?

Jeżeli chcemy chronić ludzi, a szczególnie dzieci, przed światem pełnym półprawd i syntetycznych treści, to potrzebne są regulacje, które nie będą udawały troski, tylko realnie nie zmienią sposób działania platform. Musi się to wydarzyć, zanim cokolwiek „zacznie się samo naprawiać”, bo nic się samo nie naprawi.

Po pierwsze: weryfikacja wieku. Nie okienko z pytaniem: „masz 13 lat?”, tylko skuteczne, technologiczne potwierdzanie wieku, które naprawdę uniemożliwia dostęp do treści nieodpowiednich dla najmłodszych. Dziś każdy wie, że tego nie ma, a powinno być obowiązkowe. Po drugie: zakaz profilowania i targetowania dzieci.

Młodzi użytkownicy nie mogą być materiałem do manipulacji emocjonalnej, reklamowej czy behawioralnej. Tak jak chroni się ich w telewizji, tak samo należy chronić ich w internecie, który działa przecież o wiele silniej.

Po trzecie: pełna transparentność algorytmów. Użytkownik ma prawo wiedzieć, dlaczego widzi takie, a nie inne treści. Jakie mechanizmy je promują, co jest filtrowane, co podbijane, co ukrywane. Nie chodzi w ogóle o ujawnianie kodu, tylko o jasne pokazanie zasad działania systemu, który kształtuje sposób, w jaki widzimy świat.

Po czwarte: obowiązkowe audyty i realna odpowiedzialność. Platformy powinny podlegać cyklicznym audytom bezpieczeństwa i wpływu społecznego, tak samo jak podlegają im inne branże, które mogą szkodzić. Jeżeli system promuje treści przemocowe, dezinformację albo materiały ryzykowne dla zdrowia psychicznego, to musi za to istnieć odpowiedzialność prawna.

Po piąte: ograniczenia projektowane dla najmłodszych. Autoplay, infinite scroll, agresywne powiadomienia: to mechanizmy, które działają jak system hazardowy. Dzieci nie są w stanie się temu oprzeć, dlatego potrzebne są prawne ograniczenia korzystania z tych funkcji, dokładnie tak, jak ogranicza się mechanizmy uzależniające w innych sektorach.

Po szóste: egzekucja prawa. Bez wysokich kar finansowych przepisy będą tylko deklaracją. Jeżeli państwo nie zacznie naprawdę egzekwować tego, co już istnieje – i tego, co dopiero powstanie – to nic się nie zmieni.

Uważam, że generatywna AI nie powinna być powszechnie dostępna bez żadnych regulacji. Powinny istnieć jasne zasady oznaczania treści tworzonych przez sztuczną inteligencję. Na przykład filmy wideo generowane deepfakiem powinny mieć wyraźny znak, że są symulacją. Jeśli polityk opublikuje zmanipulowany materiał, powinna być za to odpowiedzialność prawna – dziś można to zrobić bez śladu.

W Europie i USA trwają już prace nad przepisami, które wymagałyby identyfikacji sztucznych treści. Wierzę, że to konieczne: bez znaków ostrzegawczych generowane obrazy i teksty nie będą się różnić od prawdy dla większości ludzi. Generatywna AI sama w sobie ma potencjał pomocny w różnych dziedzinach, ale narzędzia do natychmiastowego tworzenia fałszywych materiałów są zagrożeniem. Nie dopuszczajmy do tego, aby każdy mógł włamać się do naszego feedu z nieograniczonym bagażem fikcji. Musimy edukować się i wymuszać odpowiedzialność. Dopóki nie wprowadzimy przepisów ograniczających lub przynajmniej oznaczających takie generowane treści, będziemy mieli coraz większą „syntetyczną bańkę”.

Jeśli chcemy, żeby młode pokolenie miało szansę nie utonąć w syntetycznej rzeczywistości i nieprawdzie, musimy najpierw stworzyć warunki, w których będzie miało dostęp do bezpieczniejszego, uczciwszego środowiska. Bunt wobec ściemy ma sens tylko wtedy, kiedy system nie działa przeciwko tym, którzy próbują żyć w prawdzie.

A co robić w codziennym życiu?

Jeśli trafiamy na sensacyjny nagłówek lub film, nie klikajmy odruchowo „udostępnij”. Porównujmy: jeśli czyjś wpis porusza temat tragedii, sprawdźmy, czy jakiś dziennik nie napisał o tym wcześniej. Jeśli widzimy coś niecodziennego (np. jak wideo z „niedźwiedziem”), dobrze pomyśleć: czy nie zostało to już gdzieś wyjaśnione albo zdementowane.

Starajmy się też ograniczać bezmyślne scrollowanie. Wyłączmy niepotrzebne powiadomienia, ustanówmy sobie przerwę od mediów codziennie – tak jak dbamy o godziny snu czy aktywność fizyczną. Każdy z nas powinien zachować się trochę jak dziennikarz we własnym życiu: dokumentować istotne rzeczy, robić notatki, nagrywać ważne rozmowy – bo to buduje nasze własne archiwa prawdy.

Wspierajmy też dobre, tradycyjne media – te, które nadal sprawdzają fakty. Wierzę, że nadchodzi renesans mediów tradycyjnych: ludzi strudzonych internetowym chaosem będzie przyciągać wartościowa publicystyka. Płaćmy za rzetelność, nie za darmowe szybkie clickbaity. Dbajmy także o rozmowę „twarzą w twarz” – rodzinne dyskusje czy spotkania przy kawie są świetnym filtrem rzeczywistości, bo wtedy od razu omawiamy wątki, porównujemy relacje i weryfikujemy informacje między sobą.

Na koniec powiem krótko: nadal mamy wpływ. Jeśli wszyscy będziemy razem działać – weryfikować, dyskutować, dzielić się wiedzą – to prawda nie zatonie.

Udostępnij: